czwartek, 30 stycznia 2014

The Dark Eye [PC] [Recenzja]

The Dark Eye, producent: Inscape, 1995, przygodowa, PC

The Dark Eye. Oto jedna z najbardziej niedocenianych przygodówek. Niedocenianych, gdyż część recenzentów zupełnie ją pomięła, bądź (na przykład Frogger w Gamblerze) skwitowała kilkoma zdaniami, z których wynikało, że to nie warta funta kłaków kaszanka. W moim prywatnym rankingu jest to zaś jedna z najbardziej niepokojących przygodówek grozy, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. I kropka. W tym miejscu mógłbym skończyć pisanie recenzji, odsyłając was po prostu do samej gry, postaram się jednak krótko uzasadnić swoją opinię. Trzeba przynajmniej sprawiać pozory profesjonalizmu, a co ;-)

Przyczyny, dla których produkcja Inscape przeszła na świecie bez echa, upatruje głównie w jej oryginalności. Owszem, to przygodówka, ale mocno nietypowa, z mocno zakręconą, surrealistyczną fabułą. Ta jest zresztą inspirowana twórczością Edgara Allana Poe, co samo w sobie stanowi bardzo istotną zaletę. Podczas rozgrywki przyjdzie nam uczestniczyć w kilku nowelkach pisarza. Zaczynamy tuż przed złowieszczo wyglądająca rezydencją naszego wuja, do której to zostaliśmy sprowadzeni. W środku wszystko - włącznie z postaciami - wygląda niedużo bardziej zachęcająco, niż wygląd zewnętrzny budowli. Pomieszczenia i mieszkańcy skrywają oczywiście różne tajemnice, których odszyfrowanie należy do nas. Początek może wydawać się strasznie standardowy, ale gwarantuje, że jeśli tylko wsiąkniecie w ten klimat na dobre, całość zyska na głębi i niejednokrotnie wywoła uczucie silnego dyskomfortu psychicznego. Głównym daniem są tu rzecz jasna wspomniane wyżej opowieści E.A. Poe. Wchodzimy w nie z poziomu domostwa, które ma swoją drugą warstwę, swego rodzaju alternatywną przestrzeń. Dzięki niej otworem stają trzy historie - a jeśli dodamy do tego fakt, że każdą z nich poznajemy z perspektywy kata i ofiary, w sumie dostajemy sześć epizodów. Nie będę ich tu teraz opisywać, gdyż, po pierwsze, tego nie lubię, a po drugie, ciężko byłoby to wszystko opowiedzieć. Kto nie zna twórczości E.A. Poe, będzie się bawić wyśmienicie, acz może być odrobinę zagubiony. A kto zna, temu czystą przyjemność przyniesie samo porównywanie oryginałów do wersji komputerowej. Powiem tylko tyle, że całość chwilami dosłownie wgniata w fotel. Duszny, niepokojący, potęgowany przez grafikę i udźwiękowienie klimat nie ma sobie równych. Dawno nie miałem do czynienia z tak dopracowaną pod tym względem produkcją - za stronę audiowizualną należą się autorom brawa na stojąco i co najmniej kilka Oscarów. Już sama muzyka potrafi wrzucić ciarki na plecy, a dodajmy do tego wszędobylskie szepty, dziwne odgłosy, pojawiające się znienacka na ekranie obiekty - można się poczuć jak schizofrenik, dosłownie. Każdy miłośnik horrorów (zwłaszcza tych nieco subtelniejszych, stawiających na atmosferę) będzie w siódmym niebie (piekle?), gwarantuje.

Osobliwa grafika to duży atut The Dark Eye
Jedyną wadą gry może być jej długość, choć w dzisiejszych czasach nawet te 8-10 godzin zabawy to wcale nie jest znów tak mało. Stosunkowo wysoki jest przy tym poziom trudności, i to wcale nie ze względu na wyjątkowo trudne zagadki. Rozgrywka opiera się bowiem głównie na eksploracji, macaniu (dosłownie) elementów otoczenia i wyszukiwaniu wszystkich możliwych hot-spotów. Czasem nie wiadomo co robić dalej i trzeba spędzić chwilę na łażeniu w tą i z powrotem, dla miłośnika gatunku nie powinno to jednak stanowić wielkiej przeszkody. Sam ukończyłem już The Dark Eye trzykrotnie i na pewno będę do niego wracał jeszcze niejeden raz. Koniecznie.


Piotr Wysocki

1 komentarz: