wtorek, 18 lutego 2014

Ciemne Sekrety - Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt [Recenzja]

Ciemne Sekrety, Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt, wydawnictwo: Czarna Owca, 488 stron

Powieści tworzone w duecie od zawsze budziły we mnie ambiwalentne odczucia. Nie żebym miał z nimi jakieś wyjątkowo złe wspomnienia - ot, zwykłe intuicyjne wrażenie, że gdy jeden pisarz wtrąca się do tego, co robi drugi, w rezultacie nic dobrego wyniknąć nie może. Nawet mój ukochany Stephen King dopuścił się ów czynu wraz z Peterem Straubem i choć obie ich książki posiadam od lat kilku, wciąż wstrzymuje się z lekturą. Wspominam o tym wszystkim nie bez powodu, gdyż nie tak dawno temu to właśnie "Ciemne sekrety" - kryminalna historia spod piór Michaela Hjortha i Hansa Rosenfeldta - sprawiły, że moje uprzedzenia do wspólnego pisania są na najlepszej drodze do wygaśnięcia. Bo to całkiem udana rzecz.

Wszystko zaczyna się od telefonu na policję. Zaniepokojona matka zgłasza zaginięcie szesnastoletniego Rogera. Policja z Väster's z pewnym opóźnieniem podejmuje poszukiwania. Wkrótce w podmokłym lesie dochodzi do makabrycznego odkrycia... Staje się jasne, że wydarzyła się tragedia... Sprawa jest na tyle poważna, że do akcji wkraczają śledczy z Krajowej Policji Kryminalnej oraz Sebastian Bergman. Wszystkie tropy prowadzą do szkoły Rogera.

Fabuła pozornie banalna i mocno zużyta - martwy szesnastolatek i ciągnące się tygodniami śledztwo, które przynosi tyle samo odpowiedzi, co i nowych pytań. Użyte w tytule książki słowo sekrety jest w tym przypadku bardzo na miejscu - właściwie każda zaludniająca karty powieści postać ma ich w zanadrzu co najmniej kilka. Również tych ciemnych.

A oto i oni, Panowie Hjorth i Rosenfeldt
Fabuła jak fabuła, poprawna i w każdym calu spełniająca swoją rolę, a w dodatku z nie tak oczywistym na pierwszy rzut oka zakończeniem. Główną siłą są tu jednak bohaterowie. Hjorth i Rosenfeldt z dużym wyczuciem i pewnością kreślą sylwetki pierwszo- i drugoplanowych postaci. Nikt nie jest tu czysty jak łza i odwrotnie, zepsuty do szpiku kości. Ich życia, problemy, lęki czy pragnienia przedstawione są w bardzo przekonujący, nienachalny sposób. Równie dobrze rozpisane są dialogi. Nie wiem jak wygląda to w oryginale, ale polskiemu przekładowi naprawdę nie mam nic do zarzucenia (na te sporadyczne literówki potrafię przymknąć oko).

To właśnie obyczajową część "Ciemnych Sekretów" uważam za najlepszą z całej historii. Wątek kryminalny potraktowałem jako swego rodzaju deser (pokaźnej wielkości, co prawda, bo istotny i raczej wiodący), który w takim właśnie zestawieniu smakuje idealnie. W sumie, solidny skandynawski kryminał. Gatunkowego trzęsienia ziemi nie wywołuje , ale jest znacznie lepszy niż mogłoby się wydawać. 


Piotr Wysocki

14 komentarzy:

  1. To ja o duecie Kinga ze Straubem powiem...Nie odkładaj tych lektur na później. Sama czytałam na razie tylko "Talizman", ale porwał mnie wykreowany przez tych panów świat...Taki z lekka baśniowy, magiczny... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a Talizman - przynajmniej według recenzentów - jest słabszy od "Czarnego Domu". W takim razie niebawem się za to wezmę :)

      Usuń
  2. Widziałem też drugą i trzecią część serii z Bergmanem, podobno też są okej :]

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, ja nie zwracam uwagi, czy jest duet czy nie :) Choć o King + Straub niewiele mogę powiedzieć, bo nie czytałam, ale niebawem będę mogła poznać Strauba solo, bo z biblioteki przytargałam "Upiorną opowieść". A potem zobaczę, jak sobie obaj panowie poradzili w teamie. :)
    A co do "Ciemnych sekretów" - kryminały nie tylko skandynawskie, ale i Czarnej Serii, mają to do siebie, że warstwa obyczajowa zwykle wychodzi najlepiej... i przoduje, nawet jeśli główną osią fabuły jest kryminalna intryga. Taka specyfika Skandynawów :) I jak dobrze, że Jo Nesbo nie hołduje tej tradycji... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego dobrze? Męczy Cię warstwa obyczajowa w kryminałach? ;) Też mam jedną powieść Strauba napisaną solo, coś fantasy, o ile dobrze pamiętam.

      Usuń
    2. Może nie tyle obyczajowa, co bardzo nie lubię wątków miłosnych w kryminałach. Osłabiają pole rażenia (no, chyba że główna bohaterka zakochuje się w psychopatycznym mordercy). Np Lackberg mnie odrzuca ze względu właśnie na wątek miłosny. Tam kryminalny jest jakby "przy okazji", a całość spajana jest związkiem Patricka z tą laską.
      Piotrek, polecam Ci "Wysłanniczkę", ostatnio czytałam, rewelka - serio! Teraz czytam Jeffersona i Bassa (duet;)) "Kosci zdrady" też dobra, jeśli lubisz naukę, sporo ciekawostek z dziedziny fizyki jądrowej też - ale podane w fajny, ludzki sposób. No, w końcu koleś zostaje zamordowany pigułką z irydem która promieniowanie ma takie, że kolesiowi flaki zmieniło w zupę ;) Takie duety są bardzo okej - Bass jest naukowcem (to ten co założył Trupią farmę) a Jefferson dziennikarzem. Dalej - Kirkman (od komiksu TWD) i Bonansinga. Jeden fachman, drugi wodolejca ;) Wtedy wychodzi nieźle.

      Usuń
  4. Kurcze, umiesz narobić apetytu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umiem, serio? Czuję się doceniony :D

      Usuń
  5. Również nie przepadam, za książkami pisanymi w duetach (mam same złe wspomnienia ;/) to Twoja recenzja mnie zaskoczyła, mimo wszystko mam przesyt kryminalny, że tak powiem, więc na razie nie będę książki szukać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A cóż takiego czytałaś, co Cię zniechęciło? :)

      Usuń
  6. Zawsze mnie zastanawiało jak wygląda takie pisanie powieści w duecie. Co do książki - nie czytam kryminałów, chyba że to połączenie kilku gatunków, ale tę serię mój tata bardzo poleca :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam też się nad tym zastanawiałem. Starcie wizji obu autorów... ufff, to musi wystawiać ich przyjaźń na ciężką próbę ;-)

      Usuń
  7. Czytałam wszystkie trzy książki duetu i podobały mi się :) Nie za intrygę kryminalną, ale właśnie część obyczajową, szczególnie za Bergmana :)

    OdpowiedzUsuń