czwartek, 27 lutego 2014

Lew Leon [PC] [Recenzja]

Lew Leon, PC, Leryx-Longsoft, platformowa, 1997

Choć dziś słowa dobra i polska użyte w jednym zdaniu opisującym grę komputerową są czymś zwyczajnym, to jeszcze pod koniec zeszłego stulecia stanowiły jedynie wyjątki. Owszem, polskie magazyny dwoiły się i troiły, by w każdej rodzimej produkcji dostrzec jak największą ilość zalet, przymykając jednocześnie oko na ewidentne babole, wszyscy wiedzieliśmy jednak w głębi duszy, iż w porównaniu z zachodnimi tytułami jest - kolokwialnie mówiąc - bieda z nędzą. Od czasu do czasu znajdowali się jednak ci, którzy próbowali coś w tej materii zmienić. W okolicach 1996 roku Leryx-Longsoft postawił sobie ambitne zadanie stworzenia platformówki, którą bez poczucia zażenowania będzie można postawić obok innych pecetowych szlagierów tego gatunku. Zapowiedzi były mocno hurraoptymistyczne i obiecujące, a pierwsze screeny cieszyły wzrok bajecznymi kolorami i światowymi standardami (trzy plany budujące tło - wow!). Trochę wody w Wiśle upłynęło i doczekaliśmy się efektów końcowych w postaci ładnej, po brzegi wypchanej danymi płytki CD z przygodami Lwa Leona. I jak to w końcu jest z tą grą? Dobra czy niedobra?

Testując wersję demo któregoś miesiąca 1997 roku byłem urzeczony. Ładne intro, ciekawa grafika i wpadająca w ucho muzyka, niezła grywalność... W sumie naprawdę fajna gra, w dodatku mówiąca do nas po polsku, co samo w sobie było dość oryginalnym wówczas obrazkiem. Na wersji demo się jednak skończyło, pełnej nie zakupiłem. Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze. I zgodnie z tym nie tak dawno temu udało mi się na najsłynniejszym portalu aukcyjnym zdobyć pełną wersję Lwa Leona. Co prawda tylko w średnio efektownym wydaniu z Extra Klasyki, ale dobre i to. Liczy się w końcu sam produkt, a pudełko niech sobie będzie takie, jakie jest. Po przedstudiowaniu silącej się na dowcipną instrukcje, usiadłem pełen zapału i wielkich oczekiwań do zabawy. W końcu wciąż miałem jak żywo w pamięci oceny rzędu 9/10 w Gamblerze i innych magazynach. I co? I okrutnie się rozczarowałem.

Pierwszy etap pokazuje wszystko to, co najlepsze gra ma 
do zaoferowania
Początek, czyli to, co mogliśmy zobaczyć w wersji demo, jest porządny. Animowane intro wykonaniem trąci już dziś myszą, ale jak na ówczesne warunki pracy polskich grafików wygląda w porządku. Przerywniki były, co ciekawe, stworzone przez jednego z animatorów Łódzkiej wytwórni filmów animowanych, a zatem osobę z doświadczeniem, fachem w rękach. W każdym razie, da się na to patrzeć bez oporów. Nieco gorzej, choć też do przełknięcia, ma się sprawa z oprawą graficzną etapów. Tła są rozmyte, chwilami dosyć brzydkie, a całość chodzi w rozdzielczości 320x240 pikseli. Niewiele. Cieszą jednak niezłe animacje i spore urozmaicenie obiektów oraz wrogów. Co by jednak nie mówić, to nie oprawa powoduje, iż platformówki są tak fajne. W tym gatunku liczy się przede wszystkim ciekawy design poziomów i wygodne sterowanie. Lew Leon nie posiada niestety ani pierwszego ani drugiego. Etapy zaprojektowane są słabiutko. Pierwszy od biedy jeszcze ujdzie, ale kolejne wyglądają często jakby były tworzone po kilku piwach i przy czterdziestogodzinnym niedoborze snu. Choć różnią się wyglądem (zwiedzamy różne miejsca - misja w dżungli, pod wodą itd.), to już po minucie mamy ich serdecznie dosyć. Wrogowie, pułapki, wszystko ustawione jest byle jak i byle gdzie. Nawet niewyrobione oko zauważy, że projektanci plansz działali nieco na ślepo, nie mając zbyt wiele doświadczenia w tym rejonie produkcji gier. Co gorsza, kiepsko rozwiązane jest sterowanie Leonem. Porusza się on ociężale, często nie tak jak chcemy, co często kończy się niespodziewanym zgonem. I tu dochodzimy do sedna sprawy - gra jest bardzo trudna. Naprawdę. Na normalnym poziomie trudności szybko wymiękłem, zaczynając zabawę od nowa na tym łatwiejszym. Zrobiło się łatwiej, ale i tak nie był to spacerek po plaży. Zbyt dużo tu przypadkowości, a chyba nie muszę nikomu mówić, że kiepskie sterowanie w grze platformowej to grzech śmiertelny. Koniec. Kropka. Na to nie ma żadnego wytłumaczenia.

Ma się te moc w łapach, a co!
Jedyne, co sprawiało mi w tej grze przyjemność, to słuchanie niezłej muzyki w wykonaniu Scorpika. Niektóre utwory naprawdę wpadają w ucho i brzmią po prostu profesjonalnie. To jednak trochę mało, by czerpać satysfakcję z rozgrywki. Ta jest najpierw frustrująca, a potem zwyczajnie męcząca. Nawet nie dotarłem do finału. Wysiadłem na jednym etapie, gdzie co krok można było wpaść w dziurę, co kończyło się, rzecz jasna, szybką utratą życia. A po tym, gdy pozbędziemy się wszystkich, należy zacząć dany świat od nowa. Tyle sił to ja nie miałem, kilkanaście powtórek skutecznie popsuło mi dobry humor i koniec końców dałem sobie spokój. Chciałbym Lwa Leona polecić, ale nie jestem w stanie. Wygląda znośnie, słucha się go przyjemnie, tylko z samym graniem jest pewien problem. Wszystko w tej grze zdaje się krzyczeć: chce być profesjonalna, ale nie mam tyle doświadczenia. I to jest właśnie smutne. Potencjał istniał, zabrakło fachowych szlifów.


Piotr Wysocki  

4 komentarze:

  1. Pamiętam tę grę jak przez mgłę, bo grałam w wersję demo. Miałam i mam nadal bardzo małe pojęcie o grach, więc myślę, że nawet nie zauważyłabym połowy tych minusów, które tutaj opisujesz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie grałam w tą grę i chyba dobrze robiłam.

    OdpowiedzUsuń
  3. nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przepadam za żadnymi grami tego typu. Ogółem to chyba tylko grałam w mario ; D

    OdpowiedzUsuń
  4. O matko, pamiętam tę grę :D Miałam, hmm... chyba w sumie to nadal gdzieś ją mam w starych płytach, tę grę w oryginale nawet :D To były czasy :P Patrząc na to, co dziś potencjalny gracz ma do dyspozycji, to aż płakać się chce, jak jeszcze słychać narzekania :P

    OdpowiedzUsuń