wtorek, 8 kwietnia 2014

Klub Tajemnic - Meg Gardiner [Recenzja]

Klub Tajemnic, Meg Gardiner, wydawnictwo: Albatros, 416 stron

Dreszczowiec autorstwa Meg Gardiner, którą na okładce chwali sam Stephen King. To wabik na szperającego po - może się czasem wydawać - nieskończonych zasobach księgarni, w pełni zdaje sobie z tego sprawę, jednak nazwisko pisarza, od którego na dobre rozkwitła moja miłość do książek przyciąga mnie bez względu na to, co co drugiego ucha wrzeszczy zdrowy rozsądek. Zdziwiło mnie natomiast to, że dowiedziałem się o powieści tak późno, po kilku latach od polskiego wydania, gdy trafiła do oferujących tanią książkę miejsc. Rzut okiem do wyszukiwarki i wszystko stało się jasne - mała liczba recenzji w sieci oznacza w przeważającej części przypadków dokładnie to, że dany tytuł przeszedł niemal niezauważenie. Czy słusznie? O tym postanowiłem przekonać się na własnej skórze. Wysupłałem dyszkę z portfela i niedługo potem mogłem zatopić się w odmętach lektury.

Klub Tajemnic otwiera czteroczęściowy (w momencie pisania tego tekstu na naszym rynku trzech pozostałych znaleźć nie można) już cykl powieści z Jo Beckett, lekarzem psychiatrą, której główna specjalizacja to psychologiczna autopsja ofiar samobójczych prób. Jeśli występują jakiekolwiek wątpliwości co do rzekomego samobójstwa, na ratunek przybywa Jo. Z tej też przyczyny bohaterce zostaje przydzielone zadanie przyjrzenia się sprawie mających miejsce na przestrzeni ostatnich dni dziwacznych przypadków odbierania sobie życia. W każdym z nich zmarłych łączyło przede wszystkim to, że byli powszechnie znani i obrzydliwie bogaci. W trakcie śledztwa Jo natrafia na coraz bardziej niepokojące fakty, które mają jakiś związek i prowadzą ją do tytułowego klubu tajemnic. A to dopiero początek kłopotów.

Meg Gardiner
Nie jest to może opis fabuły, po którego lekturze rzuciłbym się na książkę niczym skrajnie wygłodniały wilk, ale swoją rolę spełnia w stu procentach - budzi ciekawość. I skłamałbym twierdząc, że ta w moim przypadku nie została zaspokojona. Dzieje się tu rzecz odwrotna. Jest to bowiem thriller z gatunku jakich nie lubię - z pędzącą dwieście kilometrów na godzinę fabułą i tuzinami zwrotów akcji. Przez początkowe kilkadziesiąt stron, kiedy wszystko dopiero nabiera rozpędu, czyta się to całkiem bezboleśnie, lecz im bliżej końca, tym zainteresowanie losami doktor Jo coraz bardziej spada. Tendencja ta utrzymuje się do samego finału, który sprawia wrażenie nieco przekombinowanego. Zbyt to wszystko efekciarskie, przywołujący na myśl niskobudżetowe filmowe thrillery, gdzie fabuła stanowi tylko pretekst do zaprezentowania kilku wybuchów i wymykającej się wszelkim prawom logiki walki bohatera/ki o życie. W pewnej chwili autorka najwyraźniej zdała sobie sprawę, że zapędziła się o krok za daleko i desperacko stara się wytłumaczyć co, jak i dlaczego, brzmi to jednak niezbyt przekonująco. Gardiner ma ponadto wyraźne problemy z wykreowaniem interesujących postaci. Owszem, główną bohaterkę przy odrobinie samozaparcia da się w pewnym stopniu polubić, lecz pozostali zaludniający stronice powieści ludzie są zwyczajnie papierowi. Większości z nich nie udało mi się nawet sobie wyobrazić.

Zalety? Obecne. Poprawny warsztat pisarski, kilka trzymających w napięciu, dobrze rozpisanych scen oraz sporadycznych fragmentów, które czyta się z autentycznym zainteresowaniem. 
Niewiele, jednak wystarczająco do tego, bym był w stanie przeczytać książkę do końca. Zabrakło mi w niej przede wszystkim głębi, rozbudowanego tła opowieści. Tych dodatków, które choć nie dla każdego będą niezbędne, to potrafią tchnąć w historię życie, dać czytelnikowi złudzenie, że obcuje z czymś, co faktycznie może lub mogło mieć kiedyś miejsce. 

W sumie, czytadło dla niezbyt wyrobionych amatorów gatunku. Sam podejrzewam, że jeszcze dziesięć lat temu byłbym z lektury zadowolony. Jeśli przymkniecie oczy na wszelkie usterki, będziecie bawić się przyzwoicie, słyszałem jednak, że ów czynność przyspiesza powstawanie zmarszczek i psuje wzrok. Ostateczna decyzja należy zatem do Was ;-)


Piotr Wysocki

11 komentarzy:

  1. Sam S.King pochwalił? No nie wiem, nie wiem... Wcześniej jakoś nie dostrzegłam tej książki, a że jestem trochę bardziej wyrobionym amatorem, to może mi się nie spodobać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zbyt szybka akcja i malejące zainteresowanie podczas czytania, to nie coś, czego aktualnie oczekuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Motyw samobójstw brzmi interesująco. Też nie przepadam za zawrotnie szybką akcją i co rusz zwrotami akcji... wtedy wychodzi taka "pokazówka" typu "patrzcie, co potrafię", a nie dobra powieść

    OdpowiedzUsuń
  4. Cholera, dobry pomysł, szkoda, że książka ma niewykorzystany potencjał. Gdyby nie tak kiepska ocena z Twojej strony i fakt, że nie dokończyłeś książki, pewnie już bym próbowała jej szukać po internetach, bo lubię powieści z wątkiem psychologiczno-psychiatrycznym. Z Twojej recenzji wnioskuję, że książka słusznie przeszła bez echa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem, może kiedyś - ocena mnie troszkę odstrasza, chociaż fabuła interesująca - ale ilu ludzi tyle ocen ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wolę jednak ciekawsze książki:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, jak wydawnictwa lubią takie wabiki na okładki wstawiać... Typu Stephen King poleca itd... Nie lubie tego...Wrrr...

    OdpowiedzUsuń
  8. W takim razie chyba nie ma co żałować, że książka przeszła niezauważalnie. Przyznam, że po opinii Kinga na okładce sama prawdopodobnie bym się skusiła. Na tę chwilę sądzę, że nie sięgnę po tę pozycję nigdy.

    OdpowiedzUsuń
  9. Na mnie już nie działają takie chwyty, że ktoś coś poleca. Zwyczajnie nie zwracam na nie uwagi.
    Szkoda tylko, że przyszło Ci czytać taką szmirę.

    OdpowiedzUsuń
  10. No proszę, jeśli sam King pochwalił tą książkę to musi być nieźle. Ja jestem osobą, która uwielbia wyzwania, zwłaszcza jeśli chodzi o książki im trudniejsza w odbiorze tym lepiej. Zapiszę sobie tą pozycję do przeczytania. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  11. Raczej nie dla mnie takie książki ;/

    OdpowiedzUsuń