niedziela, 4 maja 2014

QuestLord [Android] [Recenzja]

QuestLord, producent: Eric Kinkead, system: Android, cena: 3,00 zł

Stworzona przez Erica Kinkeada gra QuestLord to produkcja, która jednych odrzuci już po krótkim spojrzeniu na screeny i nigdy jej nie odpalą, a drugich przyciągnie z taką siłą, że rzucą się na nią z błyskiem w oku i ślinotokiem. Ja, choć urok klasycznych eRPeGów odkryłem namacalnie stosunkowo niedawno, to za sprawą setek godzin spędzonych podczas obserwowania dawnych poczynań brata należę do tej drugiej grupy. Ale po co ja o tym piszę, przecież gdyby było inaczej, ta recenzja nie ujrzałaby światła dziennego, prawda?

O klasycznych komputerowych grach RPG wspomniałem nie bez powodu. Po uruchomieniu QuestLord możemy poczuć się niemalże jak po wyjściu z wehikułu czasu, który przeniósł nas co najmniej 25 lat wstecz. Nie dość, że to dungeon crawler przedstawiony z perspektywy oczu bohatera i skokowym przechadzaniu się po okolicy oraz turowych walkach (ja ciebie łup, ty mnie bęc) - co wyszło z mody w czasach, gdy chodziłem jeszcze do podstawówki - to grafika ciska w nasze oczy pikselami wielkości dorodnych śliwek. Fani Eye of the Beholder i pochodnych jemu kawałków kodu zapieją z radości, a ich serca ściśnie silna nostalgia za tym, co przeminęło i nie wróci... Zaraz, po części właśnie wróciło. I choćby z tego powodu - o ile się za ów fanów uważacie - warto się tym tytułem zainteresować. A co z mięchem, w co dokładnie możemy się tu wgryźć? Soczystych kąsków jest tyle, by po odejściu od telefonu bądź tabletu czuć się w pełni nasyconym. 

-Mam dla Ciebie zadanie, skołuj mi
 trochę trawy ;)
Po nadaniu imienia swojemu bohaterowi wybieramy jedną z trzech dostępnych ras (człowiek, krasnolud, elf), oglądamy krótkie, proste intro (fabuła jest tak wybitnie standardowa, że szkoda poświęcać jej kilobajtów), po czym dzierżąc słaby miecz bądź słaby czar rozpoczynamy przygodę. Chodzimy tu i tam, rozmawiamy z postaciami (niektóre z nich zlecają nam misję), kupujemy - o ile sakwa nie świeci pustkami - wyposażenie, żywność itd. oraz, rzecz jasna, walczymy, zbierając przy tym potrzebne do osiągnięcia wyższych poziomów punkty doświadczenia. Tłuczemy się w trybie turowym, jak już wspomniałem. Potyczki jednak wbrew pozorom do łatwych nie należą. Wrogowie to nie wiewiórki, które można przepędzić na drzewo głośnym krzykiem - adwersarze atakują zaciekle i szybko obniżają nasz pasek zdrowia do krytycznego poziomu. Przygotujcie się na sporą ilość zgonów i ciągłego przemierzania tych samych terenów (na szczęście jest mapa), bo śmierć powoduje cofnięcie bohatera do najbliższego miasta posiadającego świątynię (nie wspominając już o drobnym fakcie, iż poza tą niedogodnością tracimy pewną część złota...). Warto zatem szybko uzbierać gotówkę na lepsze uzbrojenie. Przydatny jest też na przykład pierścień, który co kilkanaście ruchów odnawia niewielką ilość zdrowia. Po zrobieniu zakupów i wbiciu kilku poziomów (każdy level up to trzy punkty do rozdzielenia na trzy statystyki) można trochę odetchnąć. Trochę, a mianowicie na kilkanaście minut, bo zapuszczając się na nowe tereny szybko trafimy na bardziej potężne i mocniej łaknące krwi paskudy. Klasyka, panie i panowie, klasyka.

Dotykowe sterowanie rozwiązane zostało przyzwoicie. Duże przyciski, a całość raczej intuicyjna, nie wymagająca przedzierania się przez setki stron instrukcji, której notabene nawet tu nie ma. 

W kwestii wyposażenia jest w czym wybierać
Grafika jest jaka jest. Stylizowana na retro w skrajnej postaci. Czy ładna? Tego nie powiem. Pixel art tyłka nie urywa, ale całość klimat ma, a duża liczba lokacji i innych elementów cieszy i nie pozwala się szybko znudzić. Miło poza tym, że "enpece" i wrogowie są przynajmniej szczątkowo animowani. Muzyka i dźwięk? Ta pierwsza odzywa się stosunkowo rzadko, ale jak już to zrobi, brzmi przyjemnie. Dźwięki są zaś bardzo ciekawe i budują specyficzny nastrój produkcji. Potworki i cała reszta istot, z którymi się naparzamy wydają odpowiednie odgłosy, śnieg skrzypi pod naszymi buciorami itd. Nie można narzekać.

W sumie, całkie fajna rzecz. Taki powrót do przeszłości, dzięki któremu można na nowo obudzić w sobie miłośnika klasyki. Ja sam najczęściej właśnie po takich jak ten tytułach sięgam po swoją kolekcję gier, by wygrzebać jakiegoś dawno zapomnianego starocia i zanurzyć się w nieprzebranych pokładach jego grywalności. Przy QuestLord bawiłem się zacnie. Polecam. 


Piotr Wysocki

2 komentarze:

  1. Plusem takich produkcji jest właśnie to, że można za niską cenę pograć sobie w coś fajnego. Może nie jest to jakiś super wymiatasz, ale przynajmniej zajmuje czas w jakiś przyjemny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie nie przepadam za granem w gry na komórce. Poza Angry Birds, które pomagają mi przetrwać najnudniejsze wykłady, mój Android jest czysty jak łza, jeśli chodzi o tego typu zabawki.

    OdpowiedzUsuń