sobota, 30 sierpnia 2014

Broken Sword: Anioł śmierci [PC] [Recenzja]

Broken Sword: Anioł Śmierci, SUMO Digital, CD Projekt, Przygodowa, 2006, PC, najniższa obecnie cena: 7,90 zł (klik)

Czwarta odsłona dobrze znanej wśród miłośników przygodówek serii Broken Sword wkroczyła na półki rodzimych sklepów z prawdziwym przytupem. Efektowne wydanie z bonusem w postaci poprzedniej części gry i polskim dubbingiem w tej nowszej nie na żarty kusiły fanów gatunku do sięgnięcia po oszczędności. Mnie również, bo grę miałem w łapach już w dniu premiery i prędko zabrałem się za jej konsumpcje. Oczekiwania były spore, być może aż nadto, bowiem pewnych zgrzytów podczas godzin spędzonych przed ekranem monitora nie dało się nie zauważyć. Nie, nie jest to produkcja zła, wręcz przeciwnie, jednak... Ale nie uprzedzajmy faktów, wszystko w swoim czasie. 

Fabuła - czyli o co w tym wszystkim w ogóle chodzi 

Nowy Broken Sword zaczyna się od istnego trzęsienia ziemi. Do biura naszego starego znajomego George'a Stobbarda wpada młoda, niezwykle urodziwa kobieta o imieniu Anna Maria, by w akcie desperacji prosić bohatera o natychmiastową pomoc. Wpadła w niemałe kłopoty, a George ma jej umożliwić ucieczkę przed kilkoma typami spod ciemnej gwiazdy. Istotnie, jest się kogo bać - po chwili bandziory wparowują do biura George'a i podczas próby schwytania Anne Marii dosłownie je demolują. Nieustraszony heros na szczęście nie dopuszcza do najgorszego i niewiasta zostaje ocalona. Potem jest już z górki ;-) Piękna nieznajoma przekonuje George'a, by ten pomógł odzyskać jej cenny rękopis ojca, który został wykradziony przez mafiozów. Tak w wielkim skrócie prezentuje się zaserwowana przez autorów fabuła gry Broken Sword: Anioł Śmierci. W trakcie jej rozwoju dzieje się tyle, że co jak co, ale na nudę narzekać prawa nie mamy. 

Wydanie drugie, poprawione 

-Chłopie, mówiąc "czuj się jak u siebie
w domu" nie to miałem na myśli...
Graficznie gra przedstawia się porządnie, aczkolwiek engine jest ten sam co w poprzedniej odsłonie BS. Zanim jednak zaczniecie narzekać, warto dodać, iż akcje ponownie przedstawiono w trójwymiarze, dzięki czemu wprawne oko szybko dostrzeże, że autorzy silnik nieco podrasowali. Całość prezentuje się wyraźnie ładniej. Zwłaszcza mimika twarzy zyskała na jakości, czym zręszta twórcy chwalą się w informacjach prasowych. Tekstury są różnorodne, a lokacje kipią od detali (no, może troszkę przesadzam). Drugą istotną zmianą jest interfejs. Pewnie pamiętacie, że w The Sleeping Dragon grę obsługiwało się w dużej mierze z klawiatury, co bywało uciążliwe i irytujące. Teraz na szczęscie dostaliśmy klasyczny, przygodówkowy interfejs, który pozwala nam sterować starą dobrą myszką. Wszystko jest wygodne i estetyczne - to duży plus, bo interakcja z otoczeniem i używanie przedmiotów są teraz o wiele przyjemniejsze. 

Dzwięki, muzyka i te sprawy 

Oprawa audio. Muzyka, prawdę mówiąc, wypada nieźle, choć trudno mi sobie ją teraz w pełni przypomnieć ;-) Dowodzi to jednak tego, że dobrze wkomponowuje się w wydarzenia na ekranie i najzwyczajniej nie przeszkadza. Aczkolwiek parę utworów jest ładnych, jak na przykład motyw, który towarzyszy nam hakowaniu serwerów itp. sytuacjom. Dźwięki otoczenia również zostały nieźle dobrane, dopełniając pozytywnego wrażenia. 

George mówi po polsku! 

Facet z mięsnego wyraźnie miał
coś do ukrycia. Musiałem to zbadać.
Głosy postaci to temat zasługujący na oddzielny akapit, gdyż, co już wiecie, CD Projekt postanowił wydać grę w pełni spolonizowną. W pełni, czyli poza przetłumaczonymi napisami wszyscy mówią w niej w naszym rodzimym języku. I o ile do warstwy pisanej nie mam wielu zastrzeżeń, tak w kwestii dubbingu można już odrobinę pomarudzić. W rolę Georga wcielił się Borys Szyc (znany graczom chociażby z polskiego wydania gry Bards Tale - Opowieści Barda), a Anne Marii swojego głosu użyczyła Magdalena Cielecka (aktorka grała np. w ekranizacji Samotności w Sieci). Wypadli oni całkiem fajnie, choć w mojej opinii oryginalny głos głównego bohatera brzmi bezsprzecznie lepiej. Szyc nieco nadinterpretuje postać, przynosząc momentami wrażenie, że robi z Georga błazna, dla którego życie to jedne wielkie jaja. Angielski aktor był w jego przypadku bardziej stonowany. Ostatecznie można jednak zaryzykować stwierdzenie, że Szyc jako tako "daję radę" i gra głosem jak tylko potrafi. Magdalena Cielecka wypada nieźle, choć swoje kwestie wypowiada nieco sztuczniej od Szyca. Na uznanie zasługują zaś postacie drugoplanowe. Część z nich została obdarzona naprawdę świetnymi głosami. Choćby taki Alfonzo z hotelu. Jego kwestie w połączeniu z aktorem, który je wypowiada nie raz wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Inny przykład to boss mafii. Samym niezwykle poważnym, budzącym grozę głosem mógłby chyba spowodować śmierć człowieka ;-) Ogólnie CD Projekt wykonał dobrą robotę, choć nie uniknął kilku dość rażących wpadek. Czasem jakaś postać mówi nagle nie swoim głosem - w pewnym momencie słyszymy na przykład jak George rozmawia przez telefon sam ze sobą. Jego rozmówca i on sam brzmią jak Szyc. Najgorsze jest jednak to, że tym rozmówcą jest... kobieta. Inna sytuacja - gdy Nico przygląda się pewnemu przedmiotowi na dachu budynku, zamiast Magaleny Cieleckiej odzywa się... tak tak, znów Borys Szyc. Innym razem jakaś postać źle intonuje zdanie, ale to już generalnie rzadkość i nie wpływa negatywnie na ogólną ocene. Czepiam się, ale w ogólnym rozrachunku polonizacja nie rozczarowuje. Dystrybutor nie odwalił kaszany, to najważniejsze. 

Pokombinujmy!

Warstwa logiczna BS to twardy orzech do zgryzienia. Zagadki bywają skomplikowane i jest ich sporo. Mogę potwierdzić własną osobą, że podczas zabawy szare komórki niejednokrotnie będą zmuszone do wzmożonego wysiłku. Mamy tu typowe puzzle, używanie i łączenie przedmiotów, a nawet zadania na czas. Uprzedzając pytania - nie, tym razem nie dorzucono zręcznościowych dodatków, tak jak to było w The Sleeping Dragon, a ów zadania na czas to po prostu puzzle, które są ograniczone uciekającymi sekundami (przegrana oznacza wielkie bum), albo przymus szybkiego rozwiązania zagadki (gdy nie zdążymy, bohater zamieni się w placek). Co tu więcej dodawać, przygotujcie się na trening umysłu. 

Troche zrzędzenia przed werdyktem ;-) 

Choć raz te wszystkie wizyty na siłowni się opłaciły!
Pewnie zastanawiacie się o czym to ja mówiłem na samym początku tego tekstu. Rzekomo miałem mieszane uczucia, a właściwie to ciągle coś chwalę. Otóż, irytowały mnie niektóre uproszczenia fabularne i nielogiczności, powodujące zatracenie klimatu. Bo gdy np. potrzebny jest nam odtwarzacz MP3 dla przyjaciela, który go stracił (poniekąd z naszej winy), to co się dzieje ? Oczywiście niedługo potem go znajdujemy (nie kupujemy, a po prostu znajdujemy!), do tego w takim miejscu, gdzie być nie powinien. Trochę to wybija z rytmu gry i uwydatnia mielizny w fabule. A że jestem na nie wyczulony, bywały momenty, że minę miałem nietęgą. 

Brać czy nie brać 

Reasumując, Broken Sword: Anioł Śmierci to dobry produkt, którego seria nie musi się wstydzić. Zawiera w sobie dokładnie to, co mieć powinna każda porządna przygodówka. Zajmującą historie, prosty interfejs, odpowiednio wymagające zagadki, masę przedmiotów, bezdenne kieszenie bohaterów, a także ładną oprawę audio/video. Długość zabawy również zaliczyć można do plusów. Około 15 - 20 godzin gry gwarantowane. Jeśli tylko lubisz przygodówki, ta inwestycja nie będzie porażką. Można śmiało zagrać. 


Piotr Wysocki

4 komentarze:

  1. Mam to! To znaczy... Nie wiem, czy to ta część... Bo mam jakiś taki box, z dwoma czy trzema częściami. Ale pamiętam, że wgrałam jedną i coś mi się zacinało. To znaczy biegłam po jakiś schodach czy czymś w deszczu i niby gdzieś tam miałam skoczyć. A jak skakałam, to on się odbijał, jakby jakaś szyba tam była :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie dla mnie, ale może syn się skusi :(

    OdpowiedzUsuń
  3. The Sleeping Dragon przeszedłem (jestem z siebie dumny). A tu może być nawet fajniej bez tych zręcznościowych elementów. Chyba się w nią niedługo pobawię :D

    OdpowiedzUsuń