niedziela, 24 sierpnia 2014

Pegasus - Wspomnienia Nałogowego Gracza [Stacja Nostalgia]

Jestem przekonany, że gdybym zapytał setkę graczy czym jest konsola NES, a drugą setkę czym jest konsola Pegasus, to w tej drugiej grupie znalazłoby się więcej prawidłowych odpowiedzi. Bo to właśnie Pegasus leżał kilkanaście lat temu w pokoju niemal każdego szanującego się miłośnika elektronicznej rozrywki. Nasz odpowiednik konsoli Nintendo, a wyrażając się precyzyjniej, jego podróbka.  

Będzie to tekst wspominkowy, zatem daruje sobie dokładny opis niezwykle ciekawej, lecz omawianej już wiele razy historii wprowadzenia Pegasusa na nasz rodzimy rynek. W telegraficznym skrócie - konsolę sprowadzili do nas z Azji Dariusz Wojdyga i Marek Jutkiewicz, znani dziś przede wszystkim jako założyciele firmy... HOOP. Tak, tej od napojów. Można wręcz rzec, że historia zatoczyła koło - od solidnych podróbek NES-a, do solidnych podróbek Coca Coli ;-)

W latach 90-tych takie sprawy nie miały dla mnie jednak żadnego znaczenia. Jak żywo w pamięci rysuje mi się popołudnie, gdy ojciec wrócił z pracy dzierżąc w dłoniach pudełko z wymarzoną konsolą. Nieporadne próby podłączenia wszystkiego pod telewizor, szukanie obrazu, a w końcu radość i przerywane ochami i achami sprawdzanie po kolei każdej gry z kultowego dziś kartdridża 168 in 1. I to nic, że w Contrze traciłem wszystkie trzy życia już na początku etapu. Takie detale, dziś zapewne zniechęcające młodych graczy, nie miały wówczas dla głodnego elektronicznych wrażeń chłopaka żadnego znaczenia.  W tamtej chwili na dobre wsiąkłem w ten świat i szczęśliwy tkwię w nim po dziś dzień.

Wspominki zacznijmy od gier. Te zamknięte w niewielkich prostokątnych kartdridżach, zawierających w sobie hektolitry zabawy dzieła programistów były tym, co najbardziej interesowało każdego posiadacza tej maszynki. I choć przez kilka lat po premierze zaopatrywałem się w nie głównie w profesjonalnych (przynajmniej z wyglądu) sklepach z grami, to po pewnym czasie, gdy popularność sprzętu nieco spadła, zaczęto je zeń wycofywać. Wtedy właśnie na podbój naszych portfeli z błyskiem w oku wyruszyli handlarze, których można było licznie spotkać na rozmaitych bazarach, skupujący nie wiadomo skąd i od kogo w ilościach hurtowych gry, konsole i wszelkiego rodzaju twory, o których na pewno jeszcze wspomnę. Rynek zalały miliony kartridży przywiezionych zza naszej granicy. Pamiętam lata, gdy dosłownie na każdym bazarze znaleźć można było co najmniej kilka stoisk oferujących wyłącznie gry i sprzęt przeznaczony dla Pegasusa. Ceny wahały się w graniach od około 20 do 40 złotych za pojedynczy tytuł, choć potem, gdy żywot maszyny był już u schyłku a koszty produkcji kartridży zminimalizowano do wszelkich granic przyzwoitości, płaciło się już nawet 10-15 złotych za sztukę (inna sprawa, że były to przeważnie niewielkie, kiepskie tytuły - wiadomo, im mniejsza pojemność carta, tym mniejszy koszt jego stworzenia). Szczęściarze mieszkający niedaleko giełdy, czy - jak to było w moim przypadku - Warszawskiego Stadionu X-lecia, mieli jeszcze lepiej, gdyż tam gry kupowało się w cenach niemalże hurtowych - nawet 6 złotych za sztukę. Raj na Ziemi. Wiem co mówię, bo nie raz wracałem stamtąd do domu z kilkunastoma nowymi tytułami do obadania.
Popularnością cieszyły się zarówno pojedyncze gry, jak i pakiety "x in 1" (zamiast x wstaw dowolną cyfrę z przedziału 2-999999). Ceny carta z większą ilością gier były przeważnie odpowiednio wyższe, jednak wciąż dużo bardziej opłacalne od zakupu zawartych na nim tytułów oddzielnie. Ważne było tylko, aby nie naciąć się na oszustów oferujących felerne zestawy. I tak jak na często spotykany pakiet 999999 in 1 czy choćby 1000 in 1 dawali się nabrać wyłącznie kompletni amatorzy (i ja kiedyś takim byłem, przyznaje), to gdy widzieliśmy zestawy typu 2 in 1, wówczas zakup stanowił swego rodzaju loterię. Jeśli u jakiegoś handlarza kupiliśmy raz fałszywą kompilacje, przeważnie i kolejne z jego asortymentu takie były. Tym samym gdy pakiet okazywał się prawdziwy (tytuły i ich ilość takie jak na naklejce), wówczas handlarz uznawany był za swojego gościa, kupowało się tylko u niego i polecało innym. Często jednak już na pierwszy rzut oka czuć było ściemę. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy jakiś handlarz sprzedaje pojedyncze gry i kompilacje w tej samej cenie? Łasił się człowiek na takie 10 in 1 z naklejką ze spisem naprawdę pożądanych i wartych uwagi gierek, a po powrocie do domu i wbiciu kartdridża do czytnika z ust biedaka wydobywał się jęk zawodu. Zamiast obiecywanych złotych gór otrzymywaliśmy zupełnie nie to, czego oczekiwaliśmy (podobnie jak w przypadku obietnic naszych polityków, nieprawdaż?). Zamiast "Super Sky Fightera" znajdowaliśmy "Galaxiana", "World War" okazywał się "Tankiem", a "FIFA 2000" dziwnym trafem przypominała "Soccera" z 1984 roku. Bywały i gorsze sytuację - na przykład 66 in 1 potrafiło zawierało tylko dwie gry (1. Mappy 2. Pac Man 3. Mappy 4. Pac Man...i tak dalej. Sam się na taki "kąsek" natknąłem), ale chyba to co wymieniłem w zupełności wystarczy, by uświadomić Was o skali problemu i ilości pułapek, na jakie narażony był gracz wybierający się na zakupy. 

Na porządku dziennym były również sytuacje z fałszywymi nalepkami ilustrującymi zawartość kartridży. Sugerując się nimi można było dojść do przekonania, iż na Pegasusie da się pograć w takie perełki jak GTA (tak naprawdę Spy Hunter), FIFA 2001 (Goal 3), Doom, Quake i tak dalej. Pomysłowość dizajnerów grafik wydawała się bezgraniczna. To jednak nic wielkiego w porównaniu z hakerskimi przeróbkami. Te ograniczały się często wyłącznie do zmiany ekranu tytułowego lub wizerunku sterowanej postaci (Mario 16), lecz od czasu do czasu trafiali się zdolniejsi programiści, dla których stworzenie od podstaw  tekstur, muzyki czy nawet nowych animacji nie stanowiło wielkiego wyzwania (Mortal Kombat 3). Zdarzały się poza tym amatorskie polonizacje gier. Do dziś posiadam w kolekcji carta z polską wersją "Prince of Persja", stworzoną przez nieznaną nikomu, ukrytą pod nazwą Polgra, grupę zapaleńców o przeciętnej znajomości języka angielskiego (słowo password przetłumaczone nie jako kod czy hasło, a... paszport ;) 

Wspomnieć co najmniej jednym zdaniem wypada bez zwątpienia o sprzedawcach oferujących wymianę gier. Przychodziło się do takiego pana Rosjanina - a czasem wyglądał tak, jakby za pazuchą trzymał kałacha i razie przymusu ratowania swoich skarbów gotów byłby go użyć - dawało mu swoją grę bądź gry, po czym czekało kilka chwil na przeprowadzenie dokładnych oględzin przyniesionych tytułów. Proces ten miał na celu przede wszystkim upewnienie się, że pudełko zawiera jakąkolwiek zawartość, aczkolwiek co bardziej podejrzliwi osobnicy próbowali kartridże otwierać. Raz otwarte łatwo się poddawały, a jeśli tak było, ktoś mógł podmienić środek. Koniec końców otrzymywaliśmy wymawiamy często mocno łamaną polszczyzną werdykt: "Te dwa tak, ten nie, otwierany był", lub, jeśli dopisało nam szczęście, "Wszystkie dobre, wybieraj". W tym momencie mogliśmy, rzecz jasna pod czujnym okiem pana handlarza, szperać w jego zasobach. Gdy wyłowiliśmy już wymaganą ilość tytułów, wystarczyło uiścić zapłatę (ok. 3 złote za wymieniony cart) i raźnym krokiem ruszyć w drogę powrotna do domu. Jeśli handlarza odwiedzaliśmy często i ten nas zapamiętał, mogliśmy liczyć na upusty (w moim przypadku za 4 gry płaciłem dziesięć złotych, słysząc zawsze formułkę: "a dwa na lody sobie zostaw" - to wporzo gość był ;-). W ten sposób za stosunkowo niewielkie pieniądze dało się zapewniać konsoli stały napływ nowości. Taka opcja posiadała jednak poważną wadę - skąpy wybór gier. Wiadomo, każdy wymieniał te tytuły, które go nie interesowały, więc spora część asortymentu prezentowała przeciętny poziom. Mimo tego przy odrobinie szczęścia dało się trafić na perełki. Sam za takie uznaje chociażby Metal Gear-a czy Captaina Tsubasę 2, zdobyte właśnie podczas wymiany. Przy tej drugiej, będąc ogromnym fanem Tsubasy, spędziłem z bratem setki godzin. I to nic, że gra była po japońsku. Po kilku miesiącach intensywnej zabawy absolutne podstawy krzaczastego języka mieliśmy już w małym palcu ;-) 

Tyle w temacie gier. Jeśli chodzi o same konsole, to i tu wyobraźnia ludzi odpowiedzialnych za ich design nie znała granic. Oprócz pierwotnych, oryginalnych Pegasusów, szybko doczekaliśmy się różnego rodzaju mutantów i tworów o rozmaitych rozmiarach i kształtach. Jaka cena, taka jakość. I tu te powiedzenie sprawdzało się w stu procentach, konsole miały bowiem do siebie to, że stosunkowo szybko ulegały zniszczeniu. Jeśli ktoś często spędzał czas z padem w dłoniach, to maksymalnie po kilkunastu miesiącach Pegasus nadawał się na śmietnik. Z pomocą brata wyprawiłem na tamten świat kilka ich sztuk. Dokładnej liczby nie znam, ale z pięć czy sześć maszynek przez nasze mieszkanie się przewinęło. Każda z nich miała swoją własną nazwę i wygląd - to pierwsze koniecznie mocno wypasione, najlepiej ze słowem Super, Extra, Mega. Na pudełku zaś musiał znajdować się znany bohater, ot, powiedzmy niezwykle popularny wówczas Sylvester Stallone jako John Rambo. Moc!
Jedną z najbardziej oryginalnych imitacji NES-a był na pewno PolyStation, wyglądający "prawie" tak samo jak PlayStation. Przynajmniej z odległości kilku metrów, po wzięciu do rąk całość ważyła bowiem jedną dziesiątą masy urządzenia sygnowanego logo Sony, a użyty do produkcji plastik wołał o pomstę do nieba. Kolejna niespodzianka czekała po podniesieniu klapki - zamiast czytnika CD dostrzegaliśmy uroczy slot na kartdridże.
Popularnością cieszyły się ponadto pseudo komputerowe zestawy, w skład których wchodziła klawiatura, a czasem nawet myszka (działające!). Do tego dorzućmy pady. Ich image był przeróżny, a ergonomia raczej wątpliwej natury. Obok standardowych trafić dało się na imitacje padów od PlayStation 1, Nintendo 64 i wiele szalonych projektów o rozmaitych kolorach i kształtach. 

Czas życia NES-a, a dokładniej rzecz biorąc wszelkich jego klonów, był w naszym kraju niezwykle długi i obfitujący w interesujące i godne napisania książki wydarzenia. Po dziś dzień wspominam tamte czasy z łezką w oku i uśmiechem na twarzy. Lata, gdy wyjście na bazar po gry stanowiło niemalże święto, a zabawa przy nowych nabytkach wypełniała każdą wolną chwilę. Nie liczyła się wówczas piękna grafika, świetna oprawa dźwiękowa czy wielowątkowa fabuła. Istotne były wyłącznie hektolitry grywalności, wylewające się z wielu niesamowitych tytułów. Klimat ich i całej otoczki. Prawdziwa duma i czysta satysfakcja z dotarcia do napisów końcowych piekielnie trudnego Megamana czy wymagającego małpiej zręczności Jungle Book. Może warto choćby na moment powrócić do tamtych czasów. Wyciągnąć z najgłębszego zakątka szafy swoją zakurzoną konsolę i zanurzyć się w głębinach czystej frajdy... Tylko czy dziś da się jeszcze poczuć tę magię? Do odważnych świat należy. 

Wspominał: Piotr Wysocki

8 komentarzy:

  1. Miałam, grałam :) Kurde nie można mnie było od tego oderwać. Kaczki.... to była gra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet taki pistolet do nich miałam :)

      Usuń
    2. Strzelanie do kaczek faktycznie mogło się podobać, choć na dłuzszą mete nudziło :D Na 168 in 1 znajdowalo sie kilka gier pod pistolet :D

      Usuń
  2. Strasznie tęsknię za tą konsolą. Moje ulubione to Go! Dizzy Go! i Super Robin Hood. Ech, tęsknię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obie posiadałem. Wszystkie gry spod dłuta ekipy Camerica mi się podobały. No i miały zazwyczaj wpadającą w ucho muzykę. Tę z Super Robin Hooda pamiętam do dziś.

      Usuń
    2. Ja również. Właśnie odkryłam, że można grać w te gry ta PC, więc ściągnęłam czym prędzej i pykam już dobre dwie godziny :D

      Usuń
  3. Kawał dobrego tekstu, były chwile kiedy dowiedziałem się rzeczy o których nie miałem pojęcia. Pegasus to było coś, zakupiłem go z mamą i bratem, pamiętam jak w tv klikałem AV i grało się w różnego rodzaju gry, a to na 1 player lub na 2 z bratem. Poza tym było jeszcze dużo innych gier nie wymienionych w tekście i były bardzo grywalne. Zabawna jest patrzenie na to z nieco już odległej prespektywy czasu. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja dalej w to gram. Leży sobie spokojnie przy telewizorze i działa. Świetna zabawa!

    OdpowiedzUsuń