środa, 17 września 2014

W najciemniejszym kącie - Elizabeth Haynes [Recenzja]

W najciemniejszym kącie, Elizabeth Haynes, Papierowy Księżyc, 434 strony

Mam wrażenie, że metody, po jakie sięgają wydawcy, by szperający po zasobach księgarni konsument wyłożył pieniądze właśnie na ich książkę, zaczynają iść w niepokojącym kierunku. Wydania powieści i zbiorów opowiadań Stephena Kinga, które kupiłem w poprzednim dziesięcioleciu nie zawierały zazwyczaj na okładkach żadnych rekomendacji czy porównań (przy okazji, ktoś nie widział jeszcze mojej kolekcji książek Kinga? No to klik). Tytuł, ilustracja, opis - to wszystko. Czytelna prostota. Dziś przód i tył każdej książki upstrzony jest masą tekstu i znaczków, co nie dość, że psuje efekt wizualny, to zwyczajnie już irytuje. Gdyby wierzyć zawartym tam informacjom, okazałoby się, że dziewięć na dziesięć autorów i autorek to persony wybitne, których należy obsypać nagrodami, czcić na wszelkie możliwe sposoby, a pośmiertnie uznać za rewolucjonistów danego gatunku. Nie wspominając już o drobnym fakcie, że wielu z nich to udane klony Kinga, Rowling, Nesbo czy <Tu Wstaw Znane Nazwisko>. Można się wkurzyć. Zwłaszcza, że to wszystko zabiera nam możliwość podejścia do książki z czystym, pozbawionym oczekiwań umysłem. Trochę mi tego brakuje, choć z drugiej strony, skoro żyjemy w czasach łatwego dostępu do Internetu, a tym samym do setek portali oraz blogów skupiających się na literaturze, ciężko się oprzeć przed spojrzeniem na recenzję czegoś, co mamy zamiar w bliższej czy dalszej przyszłości kupić. To jednak nasz wybór, a obok agresywnego okładkowego marketingu ciężko przejść udając, że się go nie dostrzega. Papierowy Księżyc idzie jeszcze o krok dalej, wrzucając przed rozpoczęciem powieści zatytułowanej W najciemniejszym kącie kilka stron zapełnionych fragmentami pozytywnych recenzji i opinii "konkurentów". Pisarze, prasa - wszyscy chwalą, zachwycają się stylem, psychologiczną głębią, w zasadzie wszystkim. Przyznaje, pomimo swego całego sceptycyzmu do takich zabiegów, solidnie się tymi słowami nakręciłem, oczekując zarówno "wstrząsającego thrillera psychologicznego", jak i "jednego z najlepszych kryminałów, jakie ukazały się w ubiegłym roku". I mam za swoje. Po raz nie wiem który.

Catherine Bailey jest singielką wystarczająco długo, by na pierwszy rzut oka rozpoznać smakowity kąsek. Lee – wspaniały, charyzmatyczny i spontaniczny – wydaje się mężczyzną idealnym. Znajomi Catherine, którzy po kolei ulegają jego urokowi, również podzielają tę opinię. Wkrótce jednak Lee ujawnia swoje prawdziwe oblicze, a miejsce czułości i namiętnego seksu zajmuje chorobliwa zazdrość. Choć nieprzewidywalność mężczyzny i jego bezwzględne dążenie do sprawowania kontroli zaczynają przerażać Catherine, nikt nie traktuje poważnie jej obaw. Zdesperowana dziewczyna, coraz bardziej odizolowana, uwięziona w najciemniejszym kącie własnego świata, drobiazgowo obmyśla plan ucieczki...

Wydawca sam sobie szkodzi, bo choć sama książka nie jest zła, to poprzez te wszystkie superlatywy poczucie zawodu u czytelnika, który przerobił już kilka znakomitych kryminałów i oczekuje podobnych wrażeń, jest po prostu nieuniknione. I owszem, zawiodłem się. "W Najciemniejszym Kącie" nie sprawdza się ani jako historia psychologiczna, ani jako czystej krwi kryminał. To po prostu thriller, powiedziałbym wręcz, że typowo rozrywkowy, nawet jeśli poruszana w książce tematyka jest całkiem poważna i prawdziwa. Mimo tego thriller, nic ponadto. Przeznaczony ponadto dla każdego, taki, którego przeciętny Kowalski nie porzuci po kilkudziesięciu stronach ze względu na "ciężar", trudny język czy cokolwiek innego charakteryzującego ambitniejsze pozycje. Ze względu na wygórowane oczekiwania pierwsze sto stron czytało mi się strasznie źle, jednak potem - kiedy już przestawiłem zwrotnicę i skierowałem wagonik na tory zwane Piotrem Mniej Wymagającym - historia okazała się całkiem ciekawa, chwilami trzymająca nawet w napięciu. Interesującym pomysłem okazuje się przeplatanie obecnych wydarzeń z retrospekcjami, w których krok po kroku dowiadujemy się, co spowodowało, że radosna i spontaniczna Catherine zamieniła się w zniszczoną psychicznie, cierpiącą na skrajną postać zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych kobietę. Krótkie rozdziały i ciekawa struktura powieści sprawiają, że bardzo trudno odłożyć ją na później. Na pewno doskonale to znacie - "jeszcze tylko ten rozdział i biorę się za pracę", a po chwili "O, kolejny też jest krótki, świat się nie skończy, jak go przeczytam". I tak przez następne trzydzieści minut :)

Tyle jeśli chodzi o zalety, a jako że lubię zrzędzić, to pokręcę jeszcze nosem na kiepskie momentami dialogi i wyraźnie wyczuwalną naiwność całej opowieści - niektóre sceny są naprawdę grubymi nićmi szyte, a bohaterka irytująca. Nie chcąc spojlerować, nie będę tego tematu bardziej drążyć. Warto ponadto wspomnieć, że od czasu do czasu Haynes stara się wprowadzić nieco mocniejszy akcent, zaszokować czytelnika, podkreślając to słowami powszechnie uznanymi za wulgarne, robi to jednak odrobinę nieporadnie. W tych momentach najwyraźniej czuć, że brak jej pazura. Że to trochę nie do końca jej gatunek. I być może właśnie to powoduje, że "W najciemniejszym kącie" to książka, która mogła być bardzo dobra (pomysł), a jest zaledwie dobra. Do przeczytania i raczej szybkiego zapomnienia.


Piotr Wysocki

8 komentarzy:

  1. No i wszystko popsułeś! ;) Tak bardzo chciałam tę książkę przeczytać, zastanawiałam się, a tu puf! - i koniec, już mi opadła fascynacja. Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle po nią sięgać.

    A co do wstępu - kiedyś ciężko było uświadczyć na okładce jakikolwiek opis, co trochę mnie denerwuje, gdy próbuję znaleźć ciekawą książkę wśród zbioru moich rodziców. Teraz za to mamy przegięcie w drugą stronę. Nie dość, że irytują te wszystkie polecanki, to jeszcze blurb niejednokrotnie zawiera w sobie opis fabuły tak dokładny, że sama lektura nie wnosi do tematu nic nowego...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nienawidzę po prostu tych wszystkich słów zachwytu zaśmiecających okładkę... a jeszcze bardziej tego, że te książki, na które jest największa nagonka w większości okazują się być tandetą ;x po "W najciemniejszym kącie" też raczej nie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie również wkurzają na okładkach opinie tych niby ,,znakomitych" krytyków, których po pierwsze nie znam, po drugie nie chcę znać, a po trzecie nigdy nie czytam co sądzą o danej powieści ><
    Książka nie jest dla mnie - nie lubię irytujących głównych bohaterek, a z kryminałami różnie u mnie bywa, więc tej pani już podziękuję :3

    OdpowiedzUsuń
  4. czytała, czytałam... juz dawno, dawno temu :) Podobała mi się, choć patrząc teraz z perspektywy czasu, widzę, że nie zapadła mi w pamięci jako jakaś szczególna, wyjątkowa. I masz dużo racji mówiąc, że okładki przepełnione są dziesiątkami laurkowych opinii, widziałam to nie raz :) i szczerze mówiąc bardzo rzadka je czytam, bo tylko mnie one irytują :) Często pod tymi słowami podpisane są autorytety z danego gatunku, a potem okazuje się, że ów znakomity debiut, niczym nie powala... więc chyba to troszkę naciągane :)

    OdpowiedzUsuń
  5. nie jestem do niej przekonana, w sumie okładka jest dość ciekawa, ale już bohaterzy, dialogi nie zachwycają...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta książka mnie nie zachęciła, natomiast zgadzam się z tym co napisałeś na początku. Ostatnio kupiłam "Powrót" Izabeli Sowy i na stronie tytułowej mam dwie rekomendacje, nie wspominając o tym co się dzieje z tyłu, trochę mnie to przeraża.

    OdpowiedzUsuń
  7. Staram się nie czytać opinii z tylnej okładki,natomiast nieodmiennie na mnie działa (wiem, że to głupota), gdy nad tytułem jest jakiekolwiek nawiązanie do Kinga:) Książkę pewnie kiedyś przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  8. czytałam tę książkę bodajże w zeszłym roku i też nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. przereklamowana i zdecydowanie przechwalona. to już codzienność, że wydawnictwa strzelają sobie w stopę takimi rekomendacjami. człowiek nastawia się na niewiadomo co i potem jest tylko zawód.

    OdpowiedzUsuń