środa, 22 października 2014

ENTITY (2012) [Recenzja]

Entity, Byt, reżyseria: Steve Stone, wyst. Ruth Peacock, Kate Hansen, średnia nota na Filmweb: 5,2/10

Ekipa telewizyjna wyrusza do syberyjskiego lasu zbadać niewyjaśnioną tajemnicę zbrodni sprzed lat. Brzmi całkiem obiecująco, zwłaszcza dla takiego pokręconego miłośnika toczących się w lesie filmów grozy jak ja - ziarno trwającej po dziś dzień słabości do słów "las" i "found footage" zasiał we mnie traumatyczny seans Blair Witch Project, którego zaliczyłem w wieku 13 lat. Niestety na ciekawym opisie fabuły plusy Entity się kończą, bo efekt końcowy plasuje się dużo poniżej wszelkich oczekiwań.

-Czy ty widzisz to, co widzę ja?!
-Tak... ciemność!
Pomimo budzącego zainteresowanie zalążka historii i reprezentowania gatunku kina found-footage/mocnkumentary w napisanej i wyreżyserowanej przez Steve'a Stone'a produkcji nie znajdziemy właściwie żadnego z elementów, jakich można by przed wciśnięciem przycisku play na pilocie oczekiwać. Pierwsze kilka minut jest jeszcze co prawda w stanie utrzymać skupiony wzrok i myśli na ekranie, zaraz potem zaczyna się jednak dosłowny festiwal ogranych scen, które zamiast strachu wywołują zrodzone w nudy ziewnięcia. Co gorsza, akcja filmu wcale nie toczy się w lesie, co mogłoby bardzo pozytywnie wpłynąć na jego klimat, a w jakichś monotonnych wizualnie bunkrach, laboratoriach wojskowych bądź też czymś do powyższych lokacji zbliżonym. Jeśli mam być absolutnie szczery, to nawet już nie pamiętam. I nie tylko dlatego, że wynudziłem się przeokrutnie, ale również z powodu towarzyszących seansowi egipskich ciemności i standardowo telepiącej się na wszystkie strony kamery. Widać niewiele, a w połączeniu z nieudolnie zrealizowanymi scenami mającymi w założeniu zjeżyć nam włos na karku i sprawić, że podskoczymy w fotelu, przynosi to opłakany efekt. Dawno już nie zdarzyło mi się tak często kontrolować pozostałego do napisów końcowych czasu. A jeśli już przy finale jesteśmy, to ten nie wypada na tle środkowej części filmu wcale tak źle. Może to zabrzmi złośliwie, ale wystarczyłoby zostawić początek i koniec, a mielibyśmy porządną krótkometrażówkę ;)

Już od pierwszych scen Entity tyłka nie urywa, ale 
przynajmniej  daje nadzieję na przyzwoite widowisko.
 Nadzieja to jednak trochę za mało...
Z recenzenckiego obowiązku dodać wypada kilka zdań odnoszących się do pozostałych części składowych każdej pełnoprawnej filmowej produkcji. A zatem lecimy z tym koksem. Gra aktorska wypada kiepsko, co w sumie nie dziwi, gdyż postacie są z papieru, a włożone w ich usta dialogi rozpisane do bólu sztampowo. W oczy rzuca się również fakt, że Steve Stone zwyczajnie nie miał pomysłów na wypełnienie całych dziewięćdziesięciu minut filmu, ale przede wszystkim to, że za grosz brak mu konsekwencji. Bo jak inaczej wytłumaczyć sytuacje, w której najpierw wmawia nam się, że oglądamy materiał zarejestrowany przez kamery ekipy telewizyjnej, a jakiś czas później konwencja found footage zamieniona zostaje nagle na klasyczną narracje z kamery bezosobowej. Takich błędów się nie popełnia, panie Stone

Podsumowanie będzie krótkie. Z czystym sumieniem odradzam. Strata czasu.


Piotr Wysocki

3 komentarze:

  1. Lubię filmy tego typu, więc na pewno sprawdzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dawno nie obejrzałam dobrego horroru, który z pewnością w głosie mogłabym potem polecić komuś ze znajomych... niestety, ocena 5/10 jakoś mnie nie zachęciła ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie taka średniawka. Klimat całkiem niezły, pomysł na fabułę też niczego sobie, ale niestety nie wykorzystano w całości potencjału. Za dużo przestojów w akcji i za mało nieprzewidywalnych jump scenek.

    OdpowiedzUsuń