środa, 18 marca 2015

Podwójne kłopoty Buda Tuckera [PC]

Podwójne kłopoty Buda Tuckera, Merit Studios, PC, 1996

Trwające wiele lat poszukiwania w końcu znalazły swój szczęśliwy finał - zdobyłem egzemplarz wydanej w 1996 roku przygodówki pod tytułem Bud Tucker in Double Trouble (brawo ja!). Co istotne, w moje łapska wpadło nasze rodzime, w pełni zlokalizowane wydanie. W pełni, bo poza napisami i dubbingiem gra otrzymała polski tytuł. Tłumacze nie kombinowali, przekładając oryginalną nazwę na nieźle brzmiące Podwójne kłopoty Buda Tuckera, którym to będę się w tej recenzji posługiwał.

Od zarania dziejów istnieje sobie taki rodzaj przygodówek, nazywany za granicą wacky. Tytuły te charakteryzują się zwariowanym i serwowanym w ilościach hurtowych humorem, koniecznie absurdalnym i wymykającym się zdrowemu rozsądkowi. Sam nigdy nie przepadałem za tego typu produkcjami, znacznie chętniej sięgając po historie kryminalne i wzbudzające dreszcz strachu niż te mające doprowadzić do spazmów śmiechu. Być może miał na to wpływ mój młody wówczas wiek i fakt, że wielu z gagów zwyczajnie nie rozumiałem ;) Lata minęły, nieco zmądrzałem (choć to akurat kwestia sporna), a "śmiechowe" przygodówki znalazły w końcu drogę do mego wysublimowanego gustu. Znakomicie bawiłem (i frustrowałem) się przy Normality, pełen zapału ukończyłem Tony'ego Tougha, Ceville, Głupków z kosmosu i kilka innych równie udanych tytułów, do których grona w styczniu tego roku dołączyły właśnie Podwójne kłopoty Buda Tuckera. Bo i owszem, to też przedstawiciel podgatunku wacky adventures.

Dostawca pizzy nie ma łatwego życia
Zaserwowana przez autorów fabuła przedstawia się mało oryginalnie. Wcielamy się w tytułowego Buda, wyluzowanego nastolatka, który, porzuciwszy szkołę, para się rozwożeniem pizzy, a w wolnych chwilach pomaga miejscowemu profesorkowi. I to za sprawą tego ostatniego przyjdzie nam spędzić z grą wiele godzin. Okazuje się bowiem, że psor wynalazł maszynę do powielania przedmiotów, mogącą zmienić świat na lepsze, rozwiązując chociażby problem głodu. Są jednak ludzie, którzy mają "lepsze" plany związane z tego typu urządzeniem. Jednym z nich jest Dick Tate, główny czarny charakter tej przygodówki. Z pomocą dwóch osiłków porywa profesora wraz z dziełem jego życia, a następnie przy pomocy niezwykle wymyślnych tortur (musicie je zobaczyć sami, strach się bać!) stara się wyciągnąć od nieszczęśnika informacje na temat sposobu działania maszyny. Jedyna nadzieja w Budzie. Mysz w dłoń i do dzieła. Profesor nie wytrzyma okrutnych poczynań oprawców zbyt długo...

Centrum Handlowe - spędzimy tu sporo czasu
Historia jest prosta, mocno schematyczna, jednak nie nuży i oferuje całkiem pokaźną ilość atrakcji. Podczas całej przygody zwiedzimy kilka zupełnie różnych i rozległych obszarów, dzięki czemu nawet po kilkunastu godzinach zmagań nie czuć zmęczenia rozgrywką, co bez zwątpienia jest jakimś osiągnięciem autorów. Niewątpliwie ma na to wpływ również solidna porcja szalonego, zakręconego humoru. Poziom absurdu sięga chwilami sufitu, co udziela się przy okazji zagadkom. Te, choć opierające się przede wszystkim na zbieraniu i odpowiednim wykorzystywaniu przedmiotów, potrafią dać w kość poprzez mocno zniekształconą logikę. Próbujcie wszystkiego, choćby nawet na pierwszy rzut oka wydawało się pozbawione sensu. 
Pod względem mechaniki mamy tu do czynienia z klasycznym point&clickiem, przy czym pisząc klasyczny mam na myśli standardy sprzed kilkunastu lat. Drzewiej nie mieliśmy bowiem uproszczonego dwuprzyciskowego interfejsu, gdzie pierwszy klawisz myszy wywołuje komendę "obejrzyj", a drugi całą resztę możliwych do wykonania działań (weź, użyj, przesuń etc.). W Budzie Tuckerze należy najpierw uściślić pożądaną czynność poprzez jej wybór z dolnego paska interfejsu. Jeśli więc zamiast oczekiwanego przez program przesuń klikniemy na użyj, nic się nie stanie. Przyzwyczajeni do wszędobylskich dziś uproszczeń gracze muszą się zatem psychicznie nastawić na znacznie większe natężenie klikania oraz frustracji wynikającej z braku natychmiastowych rezultatów owych działań ;) Wspomnieć wypada przy okazji o znienawidzonym przez miłośników gatunku pixel huntingu. Podczas całej przygody objawia się on wielokrotnie, przy czym co najmniej raz w naprawdę skrajnej postaci (ten diabelski gwóźdź do dziś śni mi się po nocach!). Najbardziej irytuje jednak coś innego, mianowicie - uwaga, uwaga - brak możliwości pominięcia odtwarzanych dialogów. Pół biedy, jeśli z każdym NPC-em rozmawialibyśmy raz, wyklikując wszystkie kwestie i nie wracając do nich nigdy więcej. Tu jednak każdy dialog rozgałęzia się w budzący trwogę sposób. Graliście w Jacka Orlando? Pamiętacie ile różnych pytań i odpowiedzi mogliście wybrać podczas pogawędki z pierwszą lepszą postacią? Tu jest to samo, tyle że bez ułatwiającego życia przeklikiwania się przez słyszane już wcześniej teksty. Sprowadza się to do tego, że niektóre wypowiedzi słyszymy po 30 razy. A rozmawiać i próbować wszystkich zasugerowanych kwestii trzeba, gdyż bez tego nie popchniemy akcji dalej. Przez pierwsze kilka godzin rozgrywki mocno mnie to drażniło. Jak jednak powszechnie wiadomo, człowiek jest jednak istotą przystosowującą się nawet do ekstremalnych warunków życia. W tym przypadku było podobnie ;)

W tej grze nawet ucieczka  więzienia odbywa się nietypowo
Graficzna warstwa Buda Tuckera mocno trąci dziś już myszą. Niska rozdzielczość, pikseloza że hej i deczko pstrokata paleta kolorów nie wrzucą na Wasze twarze efektu "łał", ale po kilkunastu minutach łamania głowy przestaje to przeszkadzać. Ba, za sprawą odjechanego humoru wręcz wpasowuje się w klimat całości. W kluczowych dla fabuły momentach pojawiają się ponadto animowane scenki, ich jakość nie odbiega jednak od tego, co widzimy podczas eksploracji zawartych w programie terenów. Miło że są, ale czterech liter nie urywają. Podobnie jak dźwięk i muzyka, na które składają się typowe dla splapstickowych komedii odgłosy oraz garść krótkich melodii. Nic nie zapada w pamięć na dłużej, ale i nie razi narządu słuchu. Spory pozytywem jest zaś polska wersja językowa. Rodzimy dystrybutor nie ograniczył się do kinowej polonizacji. Bud Tucker i cała reszta postaci mówią po naszemu. Efekt? Przyzwoity. Aktorzy starają się grać głosem, a nie tylko bezpłciowo odczytywać swoje kwestie, co samo w sobie zasługuje na słowa uznania, zwłaszcza że dialogi nie są jakoś wybitnie dobrze rozpisane (albo przetłumaczone). Trafiają się oczywiście co jakiś czas źle zaakcentowane wypowiedzi i inne wpadki, są to jednak typowe uroki nieznajomości przez "czytacza" kontekstu całego dialogu. Do samego przekładu trafiają się też rozmaite byki - w tym co najmniej jeden błąd ortograficzny, co niestety psuje odrobinę wrażenia podczas obcowania z polską wersją Buda. Można to było zrobić lepiej, ale cieszy sam fakt pełnego dubbingu.

Podsumowania nadszedł czas. Podwójne kłopoty Buda Tuckera to przygodówka wymagająca cierpliwości i otwartego na szalone rozwiązania umysłu, jednak odpłacająca się całkiem wysoką grywalnością i hektolitrami humoru, który niejednokrotnie wrzuca uśmiech na twarz. Kilkanaście godzin zabawy gwarantowane, nawet jeśli macie się za starych wyjadaczy gatunku, takich, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Bud Tucker da Wam po łapkach. Wspomnicie moje słowa. Osobiście zachęcam rozejrzeć się za własnym egzemplarzem gry - nie żałuje kilku lat poszukiwań, co jest chyba dość wymownym zamknięciem tego tekstu.



Piotr Wysocki

1 komentarz:

  1. Gra - legenda, swojego czasu w "Pomocnej Dłoni" w CDA co raz pojawiały się pytania co do niej. :) Sam miałem u siebie co nieco o niej napisać, bo urzekła mnie swoim stylem graficznym czy humorem.

    OdpowiedzUsuń