czwartek, 25 czerwca 2015

Znalezione nie kradzione - Stephen King [Recenzja]

Znalezione nie kradzione, Stephen King, Albatros, 2015, 480 stron

Nie da się ukryć, że Znalezione nie kradzione nie było najbardziej oczekiwaną przeze mnie powieścią Kinga wydaną w tym stuleciu. Tradycyjnie jednak na kilka tygodni przed premierą do głosu doszedł czający się w mej łepetynie fanowski bakcyl i czy tego chciałem, czy nie, rozpocząłem odliczanie do chwili pojawienia się książki w oficjalnej sprzedaży. Wielki dzień nadszedł, pachnący farbą drukarską egzemplarz dorwałem, w tydzień przemieliłem i... cóż, czuje się trochę jak człek z rozdwojeniem jaźni, bo to jednocześnie bardzo dobry i bardzo zły King jest.

Nie narażę się chyba nikomu wypluwając stwierdzenie, że mamy tu do czynienia z historią znacznie mocniej angażująca niż ta w Panu Mercedesie, gdzie fanom znającym twórczość Kinga jak własne kieszenie właściwie tylko początek i kilka scen ze środka mogło naprawdę się podobać. Znalezione nie kradzione trzyma zaś naprawdę satysfakcjonujący poziom niemalże przez 1/3 objętości, co jest wynikiem, o jakim przed lekturą nawet nie miałem odwagi marzyć - tak mocno pierwszy tom zapowiadanej przez Kinga na trylogię (błagam, niech na niej się skończy!) serii kryminalnej daleki był od ideału. Początek kontynuacji i jego następstwa wciągają momentalnie - jest każące wstrzymywać oddech napięcie, jest solidna warstwa obyczajowa, a w końcu jest i Kingowy pierwiastek, te nieuchwytne coś, dzięki któremu jedenaście lat temu wystarczył jeden rozdział Miasteczka Salem, bym wiedział, że oto przede mną stoi autor, którego przeczytam w całości. Teraz to samo na krótko dało mi nadzieję, że King nie jest jednak tak nieporadny w zabawie kryminalnymi klockami. Ale jest. Niestety.

Pomysł na fabułę jest prosty jak budowa cepa i część czytelników stwierdzi zapewne - poniekąd słusznie - że bardziej niż na powieść nadaje się na średniej długości opowiadanie. Rzecz jednak w tym, że ów zalążek puszcza dorodne pędy, a te z kolei okazują się zaskakująco sprawnie poprowadzone, dając przy okazji Kingowi sporo przestrzeni na gawędę o tym, na czym jako bestsellerowy pisarz zna się znacznie lepiej niż przeciętny zjadacza chleba - o mocy oddziaływania literatury. Podobnie jak w Misery mamy tu w centrum wydarzeń psychofana (dla odmiany płci męskiej), dla którego wykreowane przez pisarza postaci są nie mniej ważne i prawdziwe od tych z realnego świata, a nieodpowiednie pokierowanie ich losami i plotki sugerujące, że autor po przejściu na twórczą emeryturę wciąż pisuje do szuflady sprawiają, że facet postanawia wpaść do swojego idola z wizytą. Zamiast pogawędki przy herbacie jesteśmy jednak świadkami zabójstwa i rabunku, którego łupem pada trochę pieniędzy i niezliczona ilość gęsto zapisanych notesów. Zanim jednak nasz Główny Zły zdąży je przeczytać, zostaje skazany na dożywocie za inne przestępstwo, a ukryty przez niego skarb odnajduje po ponad dwudziestu latach pewien chłopiec. Wszystko komplikuje się w momencie, gdy zwolniony warunkowo rabuś postanawia wrócić po swój łup.

King zaprzepaszcza dobrze zapowiadającą się opowieść wprowadzając na scenę dobrze nam znanego, ale wciąż zupełnie bezbarwnego emerytowanego detektywa Hodgesa wraz ze swoją mdłą i rażąco nieprzekonującą ekipą pomocników. Pasują oni do wcześniejszych zdarzeń i mozolnie budowanego klimatu jak pięść do nosa. Czułem się niemalże tak, jakby do serialu pokroju True Detective wpadł znienacka wraz ze swoją ferajną Scooby Doo. I wcale tak mocno nie przesadzam. Co gorsza, Hodges, Holly i Jerome są w tej historii właściwie zbędni i ich brak w żaden wyraźny sposób nie wpłynąłby na tor opowieści. Ba, uczyniłby ją dużo bardziej emocjonującą. To boli, zwłaszcza że mimo wszystko całość jest w stanie trzymać w napięciu do samego finału. Jako nieco tandetny sensacyjniak, ale jednak.

Znalezione nie kradzione trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony jest to książka pod kilkoma względami lepsza od pierwszej części cyklu, z drugiej jednak cierpi na te same co ona przypadłości, a im bliżej finału opowieści tym więcej bzdur i zbiegów okoliczności, które trudno przyjąć na klatę bez krzywienia się z niesmakiem. Czarę goryczy przelewa będący zapowiedzią trzeciej części serii epilog, z którego jasno wynika, że dostaniemy w niej prosto w twarz elementami... paranormalnymi. Otóż to. Paranormalnymi. W trzymającym się dotąd twardo ziemi kryminale... King, do jasnej cholery, co Ty chłopie wyprawiasz?

Piotr Wysocki

12 komentarzy:

  1. Czytałam "Pana Mercedesa" i mi się podobał. I choć piszesz, że druga część nie jest rewelacyjna, to i tak przeczytam. Chociażby z czystej ciekawości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałem też, że jest lepsza od Pana Mercedesa, a skoro Ci się podobał (i jeśli mamy podobny gust) to istnieje duża szansa, że Znalezione... pokochasz :D

      Usuń
  2. Jak mi się marzy nowa książka Kinga, napisana w starym stylu. Pewnie się już nie doczekam, niestety;p Przede mną tylko dwie nieprzeczytane książki, z czego jedna podobno bardzo dobra, a jedna średnia. No i ta najnowsza, którą też pewnie kiedyś przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja te nowe czytam na bieżąco, a z poprzednich mam nieprzeczytane tylko trzy - Czarny Dom, Pokochała Toma Gordona i Oczy Smoka. Nie czytam ich... bo jakoś tak mi źle z myślą, że miałbym już wszystko za sobą ;)

      Usuń
  3. Anonimowy Ninja25 czerwca 2015 19:18

    Przeczytałem wiele książek S. Kinga, ale najlepiej wspominam Buick 8 ;). Jeśli tej Pani Gosia B nie czytała to mogę z czystym sumieniem (no dobra to niemożliwe ale cii..) polecić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Interesujący wybór. Dla dużej części czytelników Buick 8 plasuje się w ostatniej dziesiątce dokonań Kinga ;) Bo rozwleczone, bo nudnawe etc. Ja sam jestem gdzieś pośrodku. Faktycznie, trzeba do tej książki dużych pokładów cierpliwości, ale klimat jest gęsty jak smoła i całość zostaje w głowie na długo.

      Usuń
  4. Najpierw chciałabym przeczytać Pana Mercedesa. Przyznam, że ja liczę na to, że jest inna niż reszta Kinga bo tamtych się boję :)
    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kinga nie ma się co bać, on oswaja lęki ;)

      Usuń
  5. Motywujesz mnie do czytania Kinga, dawno żadna z jego książek nie wpadła w moje ręce ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pan Mercedes bardzo mi się podobał, po Twojej recenzji mam ochotę biec po Znalezione... pokocham bez dwóch zdań:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie przepada jakoś za Kingiem, nie jaram się tym w opór;p

    OdpowiedzUsuń
  8. Moim zdaniem poziom porównywalny do jedynki, choć powieść częściej plasuje się w dramacie, aniżeli kryminale (jedynka była bardziej kryminalna). Wybitnie irytowały mnie wstawki z Hodgesem i jego zespołem, bo King sportretował te postacie bardzo pobieżnie, jak nie on i jakoś odniosłam wrażenie, że wepchnął je w tę powieść na siłę, a bo zaplanował sobie trylogię (widzę, że nie ja jedna miałam takie odczucie, Ty też tak to odebrałeś). Gdyby "Znalezione nie kradzione" było odrębną powieścią, niewchodzącą w skład trylogii, bez Hodgesa i jego zespołu wypadłoby lepiej, moim zdaniem. Kolejnym minusem z mojego punktu widzenia są przekombinowane, jak na ten gatunek literacki telekinetyczne moce Pana Mercedesa.
    Za to wątki koncentrujące się na Saubersie i Bellamy'm mają moc - to właściwie cały King dbający o drobiazgowe, jakże intrygujące rysy psychologiczne bohaterów.
    Czyta się bardzo dobrze, właśnie dzięki tej dwójce, sama historia na nich się ogniskująca też mnie wciągnęła, ale i tak uważam, że horrory King KIEDYŚ pisał o niebo lepsze.

    OdpowiedzUsuń