wtorek, 14 lipca 2015

Trouseheart [ANDROID / IOS / WP] [Recenzja]

Trouseheart, 10tons, Android, iOS, Windows Phone,

Trailery gier potrafią być mylące. Oglądając promocyjny filmik Trouseheart przyszło mi na myśl, że oto pojawił się prosty klon Zeldy. A że przygody Linka lubię, a sam materiał wyglądał obiecująco i przyjemnie wizualnie, bez dłuższego namysłu poświęciłem 130 MB przestrzeni pamięci telefonu, po czym wyruszyłem na... cóż, dość nietypową przygodę.

Stary, gdzie moje gacie?

Głównym bohaterem gry jest pewien brodaty król, spędzający kolejny dzień na pracowitym nie nie robieniu, donośnie przy tyn chrapiąc. Sielanka kończy się jednak wraz z wtargnięciem do sali tronowej jakiegoś pokurcza, który na cel kradzieży obiera sobie... spodnie króla. Wyrwany ze snu władca nie ma wyjścia - rusza w ozdobionych serduszkami bokserkach, dzierżąc w jednej dłoni miecz, w drugiej zaś tarczę, odzyskać swoją własność.

Prawie jak Diablo

Nie dość, że ciasne, to i nie własne
Recenzenci zgodnym chórem porównują grę do Diablo, czemu raczej ciężko jest mi przytaknąć. Owszem, to hack'n'slash, ale tak uproszczony, że koło rzeczonego hitu ze stajni Blizzarda nigdy nawet nie stał. Naszym zadaniem jest tu odwiedzanie kolejnych "wieży" składających się z większej bądź mniejszej ilości jednoekranowych lokacji i wyrzynanie wszystkich znajdujących się na ich obszarze przeciwników oraz zbieranie złota (z pobitych maszkar, szkatułek, krzaczków czy niszczonych bombami złóż cennego kruszcu). Sterowanie ograniczono do poruszania się bohaterem i jednego ataku, co nie sprzyja realizacji wymyślnych strategii i egzekwowaniu szalonych kombinacji ciosów. Ot, podejście do oponenta, machnięcie kilka razy mieczem i ewentualne odsunięcie się, by uniknąć serwowanych przezeń razów. Proste, ale nie za proste, bo przy pierwszym podejściu sporadycznie zdarzało mi się ginąć, a przy tym w nie do końca pojęty sposób przynoszące litry czystej satysfakcji, 

Akcje na planszach obserwujemy z lotu ptaka (jak w Diablo, no proszę, a jednak), co daje pełny wgląd w każdy zakamarek ciasnych pomieszczeń. Na końcu każdej z dłuższych wycieczek czeka - cóż za zaskoczenie - boss, którego pokonanie potrafi przysporzyć nieco problemów. Jest ich w sumie kilku, choć niestety nie grzeszą zbytnią oryginalnością i ciekawymi metodami ataku. Są jednak szalenie przyjemnym urozmaiceniem i ich obecność po prostu cieszy. Od czasu do czasu trafimy ponadto na ekran z przyciskami (ustawienie tych samych symboli skutkuje przypisaną im niespodzianka), zawalającą się podłogą czy wspomnianymi złożami kosztowności i towarzyszącą im skrzynią z bombami. Są też etapy z falą wrogów do ubicia. Zróżnicowanie przeciętne, ale na trzy potrzebne do dotarcia do finału godziny raczej wystarczające.

Ten widok następuje zdecydowanie zbyt szybko
Znalezione i wyrwane z trzewi poległych istot złoto wydajemy w naszym zamku na podrasowanie zbroi, efektywności miecza, zwiększenie paska energii oraz szczęścia, które przekłada się na ilość znajdowanych kosztowności. Do pokonanych etapów można wracać wielokrotnie, a tym samym do finałowego starcia podejść z maksymalnie rozwiniętymi atrybutami. Jest to zdecydowanie zbyt łatwe do uzyskania - nie oczekujcie ciągnącego się w nieskończoność gromadzenia dóbr. To nie pierwsze części Final Fantasy.

Dla każdego coś miłego

Na szczęście twórcy oddali graczom do dyspozycji dwa stopnie trudności - casual i hardcore. Sam grałem na tym drugim. Różnice? Na trudnym należy więcej razy pomachać mieczem chcąc zlikwidować wroga, a upadek w przepaść oznacza natychmiastowy zgon (na casual tracimy tylko odrobinę energii). Dla żądnych emocji przygotowano ponadto opcje "pernament death", której działania chyba nie muszę nikomu tłumaczyć :)

Tyle złota... kurka, z czego te spodnie są zrobione?
Pomimo prostej mechaniki i powtarzalności Trouseheart momentalnie wciąga, nie nudząc się do samego finału. Ba, gra wciągnęła mnie na tyle, bym ukończył ją dwukrotnie, przy ponownym przejściu wybierając właśnie funkcję "do jednej utraty życia". Na trzecią wyprawę nie mam póki co motywacji i to właśnie krótka żywotność stanowi największą wadę tej produkcji. A przecież można by pójść z duchem czasu i wprowadzić cotygodniowe aktualizację, wyzwania dnia i inne zachęcające do częstego odpalania gry atrakcje. Czuć tu trochę niewykorzystany potencjał. Szkoda.

Na koniec jeszcze o dużej zalecie gry, czyli przyjemnej dla oka i ucha oprawie. Kolorowa, całkiem urozmaicona grafika, płynne animacje, ładna i wpadająca w ucho muzyka oraz garść efektów dźwiękowych dają naprawdę pozytywny obraz strony audiowizualnej. Całość hula - jeśli kogoś to ciekawi - na silniku Unity.

Komu polecam dzieło wydane przez 10tons? Jeśli szukacie jakiegoś nieskomplikowanego zabijacza czasu, tytułu, który można odpalić dysponując nawet kilkoma wolnymi minutami, Trouseheart jest dla Was. Ja bawiłem się wyśmienicie.


+wciągająca i prosta mechanika 
+ładnie wygląda i brzmi

-wszystkiego za mało!

Szukał gaci: Piotr Wysocki

3 komentarze:

  1. To dobrze, że gra nie nudzi się aż do samego finału. Może zagram w nią w wolnym czasie. Pozdrawiam! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Na ósemkę gra jest zdecydowanie zbyt mało rozbudowana :)

      Usuń