wtorek, 1 września 2015

Zabójcza sprawiedliwość - Ann Leckie [Recenzja]

Zabójcza sprawiedliwość, Ann Leckie, Akurat, 480 stron
Dla Ann Leckie był to debiut marzeń. Zabójcza Sprawiedliwość zgarnęła m.in. Nebule, Hugo czy Nagrodę im. Arthura C. Clarke'a, co natychmiast zwróciło na powieść uwagę szerszej publiczności. A przy okazji sprawiło, że wzrosły stawiane jej wymagania. Sam byłem ciekaw, co z tego wyniknie i czy z zapartym tchem będę wypatrywał kontynuacji cyklu.

W odległej przyszłości znaczną częścią zamieszkanego kosmosu rządzi Imperium Radch, gdzie władzę absolutną sprawuje Anaander Mianaai, jedna osoba w tysiącach ciał, wszechobecna i niemal wszechwiedząca. Najsprawniejsi jeńcy wzięci do niewoli na podbitych planetach zostają zamienieni w serwitory - pozbawieni własnej osobowości, stanowią przedłużenie sztucznych inteligencji dowodzących okrętami wojennymi. Zdawałoby się, że SI jednego z tych okrętów, „Sprawiedliwości Toren”, dysponująca setkami oczu i uszu serwitorów, łatwo może utrzymać porządek na podbitej planecie. Jednak wskutek skomplikowanej intrygi wybuchają zamieszki, ulubiona oficer „Sprawiedliwości Toren” zostaje niesprawiedliwie oskarżona i skazana na śmierć, a sam okręt ulega zniszczeniu. Przeżywa tylko jeden serwitor, cząstka sztucznej inteligencji w ludzkim ciele. Odtąd Breq, bo takie przybrała imię, okaleczona psychicznie i emocjonalnie, szuka zemsty na tyranie, który pozbawił ją wszystkiego.

Z tego miejsca lojalnie uprzedzam, że nie jest to książka łatwa, lekka i przyjemna - przynajmniej nie od samego początku, kiedy to na pierwszych kilkudziesięciu stronach zewsząd atakuje grad potencjalnie ważnych informacji do przyswojenia. Jednak w momencie przekroczenia tego odrobinę wyżej niż można by oczekiwać postawionego progu wszystkie elementy układanki zaczynają powoli tworzyć w głowie spójną całość i odtąd lektura przynosi już tylko frajdę. I to taką w najczystszej postaci. Choć i tak sugerowałbym uzbroić się w kartkę papieru i coś do pisania - skrzętne notowanie istotnych dla fabuły nazw, terminów, imion i temu podobnych rzeczy znacznie ułatwia zakotwiczenie się w wykreowanym przez autorkę uniwersum. Uniwersum bogatym, ciekawym, dobrze przemyślanym i przede wszystkim dobrze rokującym na przyszłość. Jest co eksplorować, a w przypadku ciągnących się przez kilka lub więcej tomów serii to niezwykle istotny fakt.

Docenić wypada styl i język, jakim na posługuje się Leckie. Ta chłodna momentami i pozbawiona nadmiaru ozdobników proza ma w sobie coś niepokojącego i natychmiastowo przykuwa do lektury. Już pierwszy rozdział uświadamia, że nie jest to kolejna naiwna młodzieżówka, a zaskakująco dojrzały kawałek fantastyki. Dojrzały, choć jednocześnie mający ogromną szansę spodobać się i tym mniej zaawansowanym wyjadaczom, co udowadniają przede wszystkim liczne pozytywne opinie młodszych stażem czytelników w serwisach typu Goodreads. Być może to efekt braku długich, ciągnących się przez wiele stron chirurgicznie precyzyjnych opisów różnych elementów świata, co jest chyba dość charakterystycznym elementem kosmicznych oper mydlanych. Autorka skupia się na przedstawieniu akcji, w międzyczasie mocno pogłębiając psychologiczne rysy postaci, co nadaje historii w pełni satysfakcjonującego i nie pozwalającego na nudę tempa. I to nawet w przypadku całych rozdziałów toczących się w obrębie jednej lokacji. Ich motorem napędowym są wówczas gęste od napięcia interakcje pomiędzy postaciami, a zwłaszcza fakt, że ich motywacje, przeszłość i normy zachowania tak naprawdę do końca stanowią dla nas zagadkę. Koniec końców to często byty mające niewiele ludzkich cech, a sama narratorka jest, jakby nie patrzeć, statkiem kosmicznym. Efekt "jeszcze jednego rozdziału" podsyca też sprytna narracja, bo naprzemiennie obserwujemy wydarzenia toczące się obecnie oraz te z przeszłości, co pozwala nam krok po kroku odkrywać okoliczności sytuacji, w której znalazła się bohaterka i coraz lepiej odczytywać powody kierujące ją ku zemście.

Do Zabójczej sprawiedliwości podchodziłem z pewną dozą ostrożności, w końcu science fiction czy space opery to gatunki, z którymi nie było mi dotąd po drodze. Wolałem trzymać się historii twardo stąpających po tym, co dobrze mi znane i niewymagających aż w takim stopniu udziału wyobraźni. Niepotrzebnie, jak się okazało. Pierwszy tom cyklu Ann Leckie nie dość, że pozwolił mi tego rodzaju literatury zasmakować, to zrobił to w najlepszym z możliwych wydaniu. Znakomite połączenie sf, space opery, powieści przygodowej i thrillera. Wciąga, a przy okazji zadaje wiele intrygujących pytań, na które warto przynajmniej spróbować sobie odpowiedzieć. Rzecz godna Waszej uwagi.

Piotr Wysocki

2 komentarze:

  1. Właśnie jestem po lekturze, ale mnie się ta powieść aż tak nie podobała. Budowa zdań jest tragicznie, jakby pisała je dziewczynka z podstawówki, a nie pisarka, co skutecznie utrudniało mi czytanie. Na plus na pewno zasługuje kreacja świata, który aż zachwycał swa "innością". Dla mnie powieść całkiem dobra, jednak czegoś tam brakowało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tragiczna budowa zdań? Co dokładnie masz na myśli? :) Styl Leckie jest znakomity, świadomie chłodny, zdystansowany. Gdyby tak pisały dziewczynki z podstawówki... czytałbym wszystkie blogi z opowiadaniami :) Niestety, moim zdaniem nawet znaczna część poczytnych autorów może się przy Leckie schować. Tak więc... ciekawa opinia, czekam na recenzje :)

      Usuń