środa, 7 października 2015

168 in 1 [Pegasus] [Recenzja]

168 in 1. Kartridż, od którego przygodę z Pegasusem, czyli "oryginalnym" klonem konsoli Nintendo, rozpoczynał chyba każdy, komu ta kultowa konsola wpadła pod telewizor. Mój mocno zużyty (starta naklejka, jak widać obok) egzemplarz przetrwał do dziś, dzięki czemu mógł powstać ten tekst.

Fioletowy kartridż ma na przodzie siedem grafik z zawartych na nim gier, ale to nazwa "168 in 1" najmocniej działała na wyobraźnie wkraczających w świat Pegasusa szczęśliwców. Były to czasy, kiedy dostrzegając na bazarze zestaw "9999 in 1" faktycznie wierzyłem, że znajduje się na nim taka ilość unikalnych tytułów. Człowiek uczy się na błędach, wystarczyło kilka wtop, by zacząć unikać takich niedorzecznych składanek. Niemniej jednak dołączony do konsoli kartridż zawierał całkiem pokaźną liczbę gier - około 30. Zanim to jednak odkryliśmy, naszym oczom ukazywało się efektownie przygotowane menu wyboru mięcha. Efektownie, bo poza drobnymi animacjami i szałowym kursorem w tle przygrywała nam wpadająca w ucho muzyka (żywcem wyjęta z pewnej gry - wiecie jakiej?).

Wiem, kartdridż wygląda jak siedem nieszczęść, ale zwalam
winę na upływ czasu ;)
Co zatem można było znaleźć na "168 in 1"? Przede wszystkim znakomitą Contre, która była pierwszym odpalonym przeze mnie tytułem na Pegasusa. Wszystkie trzy życia traciłem już po minucie zabawy, ale to nie miało znaczenia, liczyła się sama możliwość obcowania z czymś o takiej jakości. Zwłaszcza przy opcji na dwóch graczy. Dopiero po kilku tygodniach zmagań odkryłem, że pewne warianty gry (bo pozostała ich ponad setka stanowiła rozmaite wariacje na temat tych już znanych) pozwalają ustawić taką ilość żyć, że nawet niewprawiony w bojach ośmiolatek, którym wówczas byłem, mógł dotrzeć do finałowego szefa w Contrze. Dopiero tam wymiękałem, ale w końcu i jego udało się ubić. Po latach praktyki byłem w stanie przejść całość na standardowych trzech życiach. To jednak zupełnie inna historia. Poza kultowym dziełem Konami trafić dało się na równie kultowe Super Mario Bros, które aktywowało we mnie trwającą po dziś dzień miłość do rasowych platformówek, Battle City (czyli Tank, z edytorem poziomów i niezgorszym trybem na dwóch zapaleńców), zabójczo wciągającego i zabójczo trudnego Arkanoida, czy też wiecznie żywego Tetrisa. Był również Popeye, Donkey Kong, prosty, ale szalenie grywalny Pinball, znany dziś z "nowej" wersji na Nintendo 3DS-a Urban Champion, świetna Galaga, fajny, ale szybko nużący powtarzalnością Galaxian, kilka strzelanek na lightguna, Mario Bros., Balloon Fight (w multi wymiatał, no i ta muzyka!), Mappy, Ice Climber (tu znów rządził tryb multi), proste i szybko nużące F1 Race, zawsze miodny Pac Man, Sky Destroy, Pooyan etc. Modyfikacje poszczególnych tytułów polegały na możliwości wyboru poziomu startowego, zwiększenia ilości żyć, ale też ingerowały odrobinę w gameplay. W Super Mario Bros bohaterowie mogli chociażby zasuwać jakby ktoś wmontował im motorki w... plecy. Niby nic specjalnego, ale od czasu do czasu, zwłaszcza po przemaglowaniu danej gry od bajta do bajta, przyjemnie było spróbować swoich sił w którymś z hacków. Całkiem spora przestrzeń do zabawy. Nic zatem dziwnego, że przy "168 in 1" spędziłem w sumie jakieś kilkaset godzin i po dziś dzień z łezką w oku odpalam go raz na jakiś czas. Przypominam - 168 in 1 był kartridżem dołączanym do konsoli. Swoistym odpowiednikiem płyty demo z pierwszego PSX-a. Nigdy później nie trafiłem w żadnym z pudełek bazarowych podróbek podróbki Pegasusa na lepszy startowy zestaw gier od dziś omawianego. A miałem ich, tak na oko, z dziesięć, bo i psuły się wyjątkowo szybko. 168 in 1 to kopalnia wspomnień i jeden z powodów, dla którego jestem dziś Graczem przez duże gie. Trzeba mieć ;)

Piotr Wysocki

4 komentarze:

  1. Bosz... pamiętam ten szał :) Uwielbiałam "Contrę", w którą grałam z bratem i teksty, by nie biegł tak szybko ;)
    Poza tym Tanki, Mario i Galaga. Z czasem też Arcanoid i Tetris.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwszego pegasusa miałem w wieku 8-9 lat. Po zakupie tego cuda towarzyszyły mi i całej rodzinie niesamowite emocje. Załączonym kartridżem był Super Mario Bros z różnymi grami w pakiecie. Moja mama znalazła też w tamtym okresie swoją ulubioną grę Bomberman. Z perspektywy dzisiejszych czasów trudno uwierzyć, że taka prostota (choć nie na tamte czasy) znalazła tak szerokie grono fanów którzy pamiętają pegasusa po dziś dzień. Popieram słowa autora było to wiele godzin dobrej zabawy. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha, rety, takie kompilacje to faktycznie istne legendy. :D Ja z kolei miło wspominam 250 in 1, z takimi klasykami jak Adventure Island, F1 Race, Galaga, Mario Bros. (ten z aracde'ów, nie "Super" ;)), Mappy czy 1942. Z kolei inny, którego niezwykle ceniłem, miał na pokładzie Tiny Toon Adventures, Doki Doki Yuuenchi i moje dwa absulutne faworyty z NESa - Chip & Dale 1 i 2. :)

    OdpowiedzUsuń