piątek, 22 stycznia 2016

Sołtys - recenzja [PC]

Sołtys, Lk Avalon, PC, 1995, 3 dyskietki
Po dokładnym zbadaniu trzewi dzieła kilku programistów zatytułowanego Noc (recenzja tutaj) poczułem się na tyle pewny siebie, by sięgnąć po kolejną, również stosunkowo słabo odebraną przez prasę branżową i graczy przygodówkę spod dłuta ekipy LK Avalon. Poznajcie Sołtysa.

Na początek garść suchych faktów. Sołtys ukazał się na rynku w 1995 roku (o Nocy jeszcze wówczas nikt nie słyszał - ciekawe czy już rodziła się w bólach?) na trzech dyskietkach. Wydanie było całkiem bogate, bo poza nośnikami danych szczęśliwy nabywca znajdował w pudełku pokaźnej objętości instrukcję wraz z opowiadaniem (fascynująca lektura...), a także kasetę magnetofonową z pełnym soundtrackiem. Rewelacja, zgodzicie się? Co ciekawe i równocześnie zabawne, ów kaseta przeznaczona była według instrukcji dla graczy posiadających komputer niezdolny do uruchomienia gry. Wystarczyło wyłączyć w jej ustawieniach odtwarzanie dźwięków i muzyki, a jeśli dzięki temu zabiegowi Sołtys ruszył, umieszczaliśmy kasetę w dowolnym odtwarzaczu i wduszaliśmy przycisk play. Proste i skuteczne ;)

Tyle o wydaniu, przejdźmy do konkretów - fabuły oraz rozgrywki. Ta pierwsza jest raczej mało istotna, ale wystarczająco dobrze napędza nasze działania. Sołtys wraz z żoną postanawiają wydać swoją niegrzeszącą urodą i lotnym umysłem córkę za mąż. Jako że niewiasta całe dnie spędza z dżojstikiem w dłoniach (a na ekranie widzimy... miniaturkę pierwszej lokacji w grze, w którą właśnie gramy), znalezienie odpowiedniego kandydata spada na barki rodzicieli. Koniec końców udaje się doprowadzić do ceremonii ślubnej, jednak w jej trakcie biedny narzeczony, który dopiero teraz zdał sobie sprawę, w co się wplątuje, bierze nogi za pas. Trudno mieć mu to za złe. Tak czy inaczej, druga połówka Sołtysa nakazuje mu odszukać uciekiniera i przekonać go do powrotu przed ołtarz. Zakasamy rękawy i bierzemy się do działania.

Twór LK Avalon to przygodówka o dość nietypowym interfejsie. Dziwny jest tu system podnoszenia i używania przedmiotów. Musimy ustawić Sołtysa tuż przed wybranyn obiektem, inaczej w stanowczo odmówi współpracy (charakterystyczne "e-ee", które wówczas wypowiada słyszałem przez te kilka godzin zabawy kilkaset razy), co bywa mocno frustrujące. W dziwny sposób odbywa się też zmiana lokacji. Ich miniaturki widzimy na dolnej belce interfejsu - wystarczy kliknąć na pożądanym obrazku, a Sołtys natychmiast się doń teleportuje. Na początku rozgrywki mamy dostęp po ośmiu miejscówek (ekranów), a w trakcie postępów otwierają nam się kolejne - w sumie 24 sztuki. Liczba jak najbardziej satysfakcjonująca i odpowiednio komplikująca poziom trudności.

Zagadki w Sołtysie opierają się głównie na używaniu w odpowiednich miejscach znalezionych wcześniej przedmiotów. Częstokroć są to kombinacje absurdalne, choć idealnie wpisujące się w kultowe niegdyś kawały o Wąchocku. Ich znajomość w znacznym stopniu ułatwia zadanie. W innym przypadku musicie być gotowi na nieustanne używanie wszystkiego na wszystkim. Plusem jest fakt, iż w grze nie da się trafic na dead enda, o czym zresztą dumni autorzy informują w instrukcji. Warstwa logiczna jest tu zatem specyficzna, ale uzasadniona, a przy tym stanowiąca główne źródło żartów. Momentami całkiem zabawnych, trzeba przyznać. W tej grze nawet wymiana żarówki przebiega w sposób skomplikowany. Długość? Ja na przejście Sołtysa potrzebowałem 6 godzin.

O grafice i udźwiękowieniu najchętniej nie pisałbym wcale, acz muszę, dla czystego sumienia. Oprawa wizualna przedstawia się... przaśnie. Niewielka paleta barw, piksele jak dynie, ale same tła (ręcznie malowane, przeskanowane i prawdopodobnie podretuszowane) wyglądają bez zarzutu i nie straszą pustkami. Animacje są szczątkowe i pokraczne (zwróccie uwagę na Sołtysa włażącego na drzewo), a intro i outro zrealizowane bez polotu. Dźwięki? Garść kiepskich sampli. Digitalizowanej mowy brak (pomijając wspomniane "e-ee"), muzyka zaś to utwory będące najczęściej wariacjami na temat znanych skądinąd melodii. Paskudne, choć niepozbawione pewnego uroku.

I taka to właśnie gra - mocno osadzona w polskiej rzeczywistości, nie wybijająca się ponad to, co zazwyczaj dostawaliśmy w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych od rodzimych programistów. Zagrać można, bo w końcu czemu nie, ale wyłącznie w ramach archeologicznego zacięcia i chęci pełnego poznania naszych dokonań na polu gier przygodowych. Ja tych kilku godzin nie żałuję.


Piotr Wysocki


3 komentarze:

  1. Zabawna archeologiczna gra, z tego co dowiedziałem się wymagania graficzne niewielkie u każdego ,,pójdzie". Fajna recenzja. Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojejku, była kiedyś taka gra faktycznie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, gra idealna dla mnie - turbo prosta i pewnie śmieszna :D Nie ma to jak stare dowcipy o Wąchocku. Jeszcze były często w tych małych książeczkach z dowcipami, które kupowało się w kioskach.

    OdpowiedzUsuń