sobota, 27 lutego 2016

Fenimore Fillmore: The Westerner - recenzja [PC]

Westerner, Revistronic, premiera na świecie: 2003, wersja językowa: pełna polska, PC

Wydany w drugiej połowie 2004 roku przez Cenege Westerner to przygodówka zapamiętana przez graczy nie za sprawą niebanalnej fabuły czy przepalających szare komórki zagadek, a... skopanej polonizacji. Rzeczony dystrybutor przechodził wówczas lokalizacyjny kryzys - o czym pamiętają wszyscy mający styczność z pierwotną wersją wrzuconego na nasz rynek Far Cry (koszmarnie dobrane głosy, pokpiony lip sync) - i Westerner stanowił niepodważalny tego dowód. Ze szkodą dla samej gry, bo pomimo wielu jej zalet ciężko było przejść obojętnie obok fatalnie przetłumaczonych kwestii dialogowych i opisowych oraz nierównego dubbingu. Cenega do błędu się przyznała - chwała im za to - wydając jakiś czas później tytuł w wersji zlokalizowanej na nowo, niesmak i brzydki zapaszek ciągnący się za grą jednak pozostał. Zwłaszcza wśród graczy (w tym mnie), którzy kupili Westernera w dniu premiery w cenie stu złotych, co jak na przygodówkę wydaną z rocznym poślizgiem było kwotą bardzo wysoką.
Posiadam obie wersje gry - premierową i poprawioną, którą to kupiłem wraz z nieistniejącym już dziś magazynem CyberGra (odłam CyberMychy). Obie też ukończyłem. Co sądzę zatem o produkcji, która odchudziła mój portfel w sumie o ponad sto złotych? Czytajcie dalej.

Na początek cofniemy się na moment do roku 1996., kiedy to niedawno założone hiszpańskie studio Revistronic wydało na świat dwuwymiarową przygodówkę pod tytułem 3 Skulls of the Toltecs (wydaną u nas jako 3 Czaszki Tolteków w wersji z polskimi napisami). Rzecz była całkiem udana, zabawna i wciągająca, zbierająca w prasie wysokie noty (zazwyczaj powyżej 7/10) co jednak nie wystarczyło na zawojowanie sprzedażowych list przebojów. I kiedy już warstwa kurzu zaczynała zamazywać tytuł na dobre, nagle, siedem lat później, doczekaliśmy się jego kontynuacji w postaci Westernera. Już w 3D, niemniej wciąż wypełnionego po brzegi humorem i atmosferą Dzikiego Zachodu w krzywym zwierciadle. Zabawa konwencjami i podejście do obranego tematu z przymrużeniem oka było zresztą niejako wizytówką Revistronic. Jeśli graliście kiedyś w ścigałkę ToonCar (znaną też jako Odjazdowy Rajd) czy platformówkę Grouch, zapewne się ze mną zgodzicie.

Głównym bohaterem, którego przyjdzie nam animować jest znany z 3 Czaszek Fenimore Fillmore, fajtłapowaty, ale budzący momentalnie sympatie rewolwerowiec. Akcja gry toczy się w małym miasteczku, którym trzęsie niejaki William Starek. Drań położył już swe brudne łapska na niemal wszystkim, co ma jakąkolwiek wartość, a teraz zamierza zasilić kolekcję terenami pewnych farmerów. W wyniku rozmaitych wydarzeń to właśnie na barki Fenimore'a spada misja niedopuszczenia do realizacji planu milionera. I choć brzmi to całkiem poważnie, a na przestrzeni kilkunastu godzin rozgrywki dzieje się sporo, to nie akcja i strzelaniny (obecne, a i owszem) a tuziny gagów i dowcipnych zdarzeń stanowią główną siłę Westernera. Za scenariusz ponownie odpowiada Rodrigo Castillo Brian i o ile historia jest prosta, to nie zawodzi i do samego końca ma do zaoferowania coś ciekawego.

Niezaprzeczalną zaletą gry była - a przy odpowiednim podejściu wciąż jest - jej oprawa graficzna. Lokacje i ich wystrój cieszą oczy mnóstwem detali i ładnymi animacjami, a autorski silnik PICTuRE ani myśli dopuścić do chrupnięć. Na moim pececie w 2004 Westerner śmigał aż miło. Gra wygląda niczym solidny film animowany, również za sprawą charakterystycznych projektów postaci. Spójrzcie tylko na screeny.

Tak, jak już napisałem i jak już zauważyliście, to przygodówka w trójwymiarze, acz na szczęście nie sterujemy Fenimorem z klawiatury jak w chociażby trzecim Simonie (aka Szymku), co było dość niewygodne, lecz klasycznie, za pomocą myszy. Sprawdza się to perfekcyjnie i nie nastręcza żadnych problemów - kilka minut treningu i jesteśmy w domu. Bezproblemowe poruszanie się po świecie gry idzie w parze z bezproblemowym rozprawianiem się z zagadkami. Te są logiczne, przyjemne w rozwiązywaniu i rzadko kiedy wymagające umysłowej gimnastyki. To plus, bo błądzenie bez celu po całkiem sporych lokacjach mogłoby się szybko znużyć - Fenimore nie posiada podręcznego teleportu i wszędzie musi dojechać na swym wiernym koniu, którego należy karmić marchewkami (te zaś podlewać, podlewać i wciąż podlewać...). Miejcie też na uwadze fakt, iż w pewnym momencie bohaterowi przyjdzie nieco postrzelać, co oznacza - a jakże - sekwencje zręcznościową. To oraz przymus karmienia konia w celu dostania się w oddalone miejsca może zaboleć zwolenników przygodówek czystej krwi, ale nie jest tak upierdliwe, jak mogłoby się wydawać. 

Ilustrująca nasze poczynania muzyka wpada w ucho i umila godziny spędzone przed monitorem. Nieco gorzej na tym tle wypadają powtarzalne efekty dźwiękowe, ale i do nich można przywyknąć. Polska wersja premierowej edycji gry, jak wspominałem na początku tekstu, jest kuriozalna i bez wahania wrzucam ją do pierwszej trójki najgorzej przetłumaczonych na nasz język gier wszechczasów. Dialogi są bełkotliwe (tak się kończy pożałowanie kasy i czasu na odpowiednie testy), tekst pisany potrafi mocno różnić się od mówionego, a aktorzy, nie do końca wiedząc, co czytają, odklepują swoje kwestie bez ładu i składu. Efekt bywa piorunujący - poczucie przysłuchiwania się wymianie zdań dwóch lub większej ilości stałych bywalców szpitala dla umysłowo chorych towarzyszy nam zdecydowanie zbyt często. Nie muszę chyba dodawać, że z zawartego w grze humoru nie zostaje w tej sytuacji niemal nic. Jeśli zamierzacie spróbować Westernera - co nie jest złym pomysłem - koniecznie sięgnijcie po poprawione tłumaczenie. I ono nie jest idealne (zwłaszcza pod względem doboru aktorów dubbingowych), ale przynajmniej wszystko co słyszymy i czytamy ma sens i faktycznie bawi.

Polecić więc, czy odradzić? Moim skromnym zdaniem Westerner nawet dziś dostarcza całkiem przyjemnych doznań. Co ciekawe, również od strony wizualnej, choć przecież każdy wie, że gry 3D starzeją się w tempie ekspresowym, podczas gdy te w 2D nawet po dekadach potrafią się podobać. Humor, ciekawy splot wydarzeń i klimat zwariowanego Dzikiego Zachodu w połączeniu z niezłymi zagadkami ekwipunkowymi dopełniają obrazu solidnej gry przygodowej. Cenega Westernera  co prawda okrutnie okaleczyła, ale po operacji naprawiającej błędne cięcia pacjent trzyma się przyzwoicie. Można sprawdzić. A do tej szóstki dodajcie sobie dużego plusa.


Piotr Wysocki

2 komentarze:

  1. Hah, pamiętam ten tytuł, jak i sporą hecę z pierwszą wersją tłumaczenia. :D Gierka przyjemnie wygląda i dzisiaj, a niektóre dżołki potrafią naprawdę rozśmieszyć. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie nigdy nie udało się tej gry dokończyć, już nawet nie wiem gdzie i w którym miejscu dopadł mnie bug, więc ją zostawiłam i zapomniana leży na półce i zbiera kurz :-P Może jeszcze kiedyś zawalczę i spróbują ją przejść.Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń