wtorek, 5 kwietnia 2016

Wyścig - Jenny Martin - Recenzja

Wyścig, Jenny Martin, Akurat, 400 stron

Na kontrolowanej przez korporacje planecie Castra uliczne wyścigi samochodowe to nie tylko dochodowa rozrywka, ale i walka o znacznie wyższą, polityczną stawkę. 17-letnia Phoebe van Zant należy do najlepszych kierowców w stawce, nic więc dziwnego, że każdy chciałby ją widzieć w swoim zespole. Dziewczyna musi się dobrze zastanowić nad wyborem, ale decyzji nie ułatwiają jej ani sercowe rozterki, ani świadomość, że każdy nierozważny krok może doprowadzić do kosmicznej wojny. Czy młoda bohaterka poradzi sobie w skorumpowanym świecie międzyplanetarnej polityki?

Już tytuł książki stanowić może jasną zapowiedź tego, co znajdziemy w jej wnętrzu. W Wyścigu nie jesteśmy świadkami leniwego wprowadzania czytelnika w wykreowany przez autorkę świat - od razu zostajemy wrzuceni w sam środek wiru wydarzeń. Opowieść pruje przed siebie w zawrotnym tempie, autorka wypluwa kolejne zdania i częstuje zwrotami akcji niczym karabin maszynowy pociskami, a całość jest szalenie intensywna. Co przynosi zresztą oczekiwane skutki - historia wciąga i te kilkaset stron jest do skonsumowania w jeden emocjonujący wieczór. Ta lekkość odbioru jest największą, choć na szczęście nie jedyną zaletą książki. Bo o ile autorka potyka się w typowych dla debiutantów miejscach, a liczba wytartych fabularnych klisz może niektórych zmusić do zgrzytania zębami, to jednak całość napisana jest naprawdę przyzwoicie i przede wszystkim w sposób łatwo przyswajalny. Słowa może użyłem przed chwilą nieprzypadkowo. Te schematy wcale nie muszą szczególnie mocno razić. Ja sam w trakcie lektury nie znalazłem nawet chwili czasu na kręcenie nosem - większość zamieszczonych tu przemyśleń wyszło na światło dzienne post factum, kiedy książka trafiła już na przeczytaną półkę. Ba, nawet bohaterowie nie irytowali mnie tak bardzo, jak to się zdarzało w wielu przeczytanych przeze mnie powieściach dla nastolatków. Są momentami nieco zbyt narwani (zwłaszcza Phee), ale trzyma się to w granicach zdatnych do zaakceptowania.

Gatunkowo to nic innego jak młodzieżowa przygodówka w sosie sci-fi, którą wydawca porównuje do Gwiezdnych wojen oraz Szybkich i wściekłych. Ile tu prawdy, a ile marketingowego mydlenia oczu znanymi tytułami, trudno jednoznacznie orzec, bo i nigdy nie przepadałem za wymienionymi filmowymi cyklami. Tak czy siak, mamy tu charakterną bohaterkę z wrodzoną słabością do niebezpiecznych wyścigów, żyjącą na obcej nam planecie Castro (Ziemia, tak w ramach ciekawostki, zdążyła pójść już z dymem). Planetę kontrolują zepsute do szpiku kości korporacje i poza sportowo-sercową warstwą historii to one stanowią główną oś intrygi, w którą wplątuje się Phee. Rzecz toczy się w XXIV wieku, pojawiają się zatem rozmaite futurystyczne (choć pod względem zastosowania bardzo nam bliskie) gadżety i urządzenia, a nielegalne uliczne wyścigi samochodowe poza pieniędzmi i sławą mogą równie dobrze przynieść śmierć na torze czy też, w przypadku schwytania, w obozie pracy. Phoebe w podbramkowej sytuacji wybiera bramkę numer trzy, co stanowi punkt wyjścia dla fabuły. Fabuły wypełnionej wyścigami, akcją, politycznymi gierkami i - jak wspomniałem - miłosnymi rozterkami. Wiele elementów historii i uniwersum zostało tylko zasygnalizowanych, wymagając jeszcze szlifów i rozwinięcia, co zapewne nastąpi w kontynuacjach zapoczątkowanej serii.

Debiut Jenny Martin skupia w sobie tuziny sprawdzonych niejednokrotnie składników, które o dziwo po zmieszaniu dają całkiem strawne danie. Nie jest to kawior, raczej fast food, taki porządny, ale hej, każdy od czasu do czasu lubi z błogim wyrazem na twarzy wtrząchnąć hamburgera z frytkami i popić to wszystko colą, nieprawdaż? Podsumowując - śmiało można sprawdzić.

Piotr Wysocki

1 komentarz:

  1. Bardzo zjadliwa recenzja w sam raz na śniadanie lub kolację! :D

    OdpowiedzUsuń