piątek, 22 listopada 2013

Operation Smash - Recenzja [PC]

Operation Smash, autor: Steve Olofsson, PC, platformowa, cena: ok. 40 złotych

Takie to niepozorne, a cieszy dużo bardziej, niż duże, wysokobudżetowe tytuły. Dziwne sposób na rozpoczęcie tekstu? Ano dziwny, ale po spędzeniu kilkunastu godzin z Operation Smash nie jestem w stanie powiedzieć nic ciekawszego od prostego, głupawego "łał". Tak bardzo mnie ta gra pozytywnie zaskoczyła. Poniżej, w kilkunastu zdaniach, postaram się jednak wyciągnąć z tego słowa coś więcej. Coś, co, być może, sprawi, że i Wy zechcecie sięgnąć po ten tytuł. Mam nadzieję, że się uda.

Operation Smash to indyk, gra niezależna w pełni znaczenia tego słowa. Stworzona niemal w całości przez jednego człowieka, Steve'a Olofssona, co już samo w sobie, zwłaszcza po ukończeniu zabawy, robi duże wrażenie. Niejedno sporej wielkości studio mogłoby temu facetowi pozazdrościć talentu, wytrwałości i wyczucia tego, co grywalne, a co nie. Do czynienia mamy tu z nietypową platformówką. Znacie Metroida? Jeśli tak, to właśnie na takie gry, jak Operation Smah, przyjęło się mówić Metroidopodobne. Trafiamy do dużego świata, gdzie nie ma jako takich podziałów na etapy. Cała mapa jest do naszej dyspozycji, aczkolwiek z początku nie wszędzie możemy się dostać. W trakcie zabawy zdobywamy jednakże umiejętności, które umożliwiają nam wejście na niedostępne dotąd tereny. I tak przez całą grę - biegamy, walczymy z wrogami, skaczemy, zbieramy kasę i inne pierdółki (kulki energii), a co jakiś czas udaje się odnaleźć broń, za sprawą której kolejny fragment świata jest do naszej dyspozycji. Jeśli nie lubicie raz po raz wracać w te same miejsca, Operation Smash szybko Was wkurzy. Dla mnie to jednak czysta frajda i niesamowicie grywalne rozszerzenie platformówkowych standardów. 

Tak jak w Metroidzie, bohaterka (bo i tu poruszamy się kobietą) poza bronią białą może korzystać z granatów, które przydają się zwłaszcza do odkrywania sekretów. Za ich pomocą można burzyć bowiem niektóre ściany, te zaś skrywają przedmioty rozszerzające maksymalną ilość punktów życia bądź liczbę granatów, którą możemy ze sobą nosić. Raj dla szperaczy, a przy okazji element rozgrywki, którego można nazwać pseudo-erpegowym (tak, rzeczywiście mocno pseudo/ MW) ;-)
Napisałem już sporo, a tak naprawdę jest to zaledwie liźnięcie tematu związanego z aspektami możliwości. Operation Smash pod tym względem oferuje znacznie więcej, nie będę tu jednak ich wszystkich wymieniał, gdyż zajęło by to niewyobrażalną ilość kilobajtów. Wspomnę tylko szybko o tym, że każda broń (kilka typów) ma też drugi tryb (strzelający), który również umożliwia rozbijanie niektórych elementów otoczenia, a także o prostych, ale sprytnie wykombinowanych zagadkach i ciekawych misjach (w pewnym momencie musimy na przykład doprowadzić sześć "kamieni" do rąk kamiennych figur). Jest co robić, a o nudzie nie ma nawet mowy. 

Zimowe tereny, a jako że lubię śnieg,
były to jedne z moich ulubionych
lokacji
Całość utrzymana jest w estetycznej retro oprawie. Piksele wielkości cegieł, ale jest to zabieg celowy i sprawdza się wyśmienicie. Moja mama stwierdziłą wręcz, że "znów gram w te Pegasusowe strzelanki", co powinno w pełni oddać Wam wygląd tego tytułu ;-) Są jednak wyjątki i na przykład ogień albo bąbelki wykonane są w wysokiej rozdzielczości. Nie psuje to jednak efektu końcowego, wręcz przeciwnie, wygląda po prostu fajnie i nie kłóci się z ogólną pikselozą. 
Na uwagę zasługuje ponadto oprawa audio. Muzyka autorstwa niejakiego Simona Stalenhaga jest po prostu znakomita, perfekcyjnie oddająca ducha dawnych lat, przy jednoczesnym zachowaniu nowoczesności. Niektóre z utworów nie opuszczały mojej głowy jeszcze przez kilka godzin po wyłączeniu gry i bezwiednie je nuciłem :-P Z wielką chęcią zdobyłbym soundtracka, co też pewnie w najbliższym czasie stanie się faktem dokonanym - wiem, że takowy się pojawił. 

Operation Smash ukończyłem odkrywszy "zaledwie" 91% całej mapy. Cały czas korci mnie, by przysiąść i spróbować dostać się w każdy jej zakamarek. Świat jest zaś naprawdę duży, składający się z co najmniej stu większych lub mniejszych pomieszczeń. Dobrnięcie do finału zeżarło mi około 12 godzin, co jest wynikiem zdecydowanie przewyższającym to, co początkowo zakładałem przysiadając do zabawy. Jak już wspominałem, ani przez chwilę nie czułem się jednak znużony i końcowe creditsy oglądałem wręcz ze smutkiem, że już muszę się żegnać z tym tytułem. Czy polecam? Głupie pytanie - warto, warto jak jasna cholera! Grywalność w najczystszej postaci. Wiem, że słodzę, wiem, że niektórzy mogą za sprawą tego tekstu pozbyć się złudzeń co do mojej wiarygodności, ale mam to gdzieś. Operation Smash podobał mi się tak mocno, że muszę o tym powiedzieć głośno i wyraźnie. Jeśli lubię platformówki typu Metroid, jest to pozycja obowiązkowa. Koniecznie,

Ocena: 9/10

Piotr Wysocki

2 komentarze:

  1. Metroid! Kocham! Grałem kiedyś bodajże na GBA. Muszę tego OS obadać,koniecznie!

    OdpowiedzUsuń