poniedziałek, 27 stycznia 2014

Stacja Nostalgia - Wspomnienia Nałogowego Gracza - Blaszak [Inne]

Przeglądając stare magazyny o grach komputerowych wzięło mnie na wspominki, co w pewnej chwili zaowocowało pomysłem na serię wpisów, gdzie będę wylewać łzy nostalgii, chlipać za na zawsze utraconą młodością ;) Dajmy sobie jednak spokój ze wstępem, których nikt nie lubi pisać, a które tak naprawdę mało kto czyta. Jako wymówkę przyjmijcie fakt, że przecież pisze dla Stacji Sto Słów, gdzie z zasady powinno być najkrócej, jak to tylko możliwe.

Jak to się wszystko w moim przypadku zaczęło? O tym może innym razem, gdyż pierwsze urządzenie, na którym dało się grać, dzierżyłem w swych dłoniach jako kilkulatek, przez co napisanie czegokolwiek dłuższego nie będącego stekiem strzępków wspomnień podkoloryzowanych ściemnianiem wydaje mi się niemalże niemożliwe - tak daleko wstecz moja pamięć nie sięga. Zacznę więc od łatwiejszej strony - blaszaka. Pierwszy pecet pojawił się w naszych skormnych progach któregoś miesiąca 1995 roku. Miałem wtedy dziewięć lat i niebywałą umiejętność ekspresowego psucia każdej elektroniki - zwłaszcza tej, na której dało pocinać w gry (chyba z sześć albo siedem Pegazusów wyprawiłem na tamten świat w przeciągu kilku lat - miało się ten talent, a jakże) - stąd też blaszak trafił do pokoju starszej siostry. Okrutnie to przeżywałem (dlaczego nie do mnie?! dlaczego?!), a że siostra nie zawsze była skora do udostępnienia klawiatury i myszy, to każda pojedyncza, choćby nawet krótka możliwość zajęcia miejsca w fotelu przed wypasionym czternastocalowym monitorze była na wagę złota. Niestety, dziś nie pamiętam już konfiguracji tamtego PeCeta (chyba nawet nikt mi jej nigdy nie zdradził), na pewno jednak miał napęd CD, co w tamtych czasach robiło jeszcze dość duże wrażenie. Całości dopełniała wypasiona mysz i klawiatura Microsoftu, w białych kolorach, które po pewnym czasie zaczynały żółknąć. Mieliśmy też głośniki, ale z jakiegoś tajemniczego powodu przy każdorazowym uruchomieniu większości z gier należało wejść w ich setup i skonfigurować dźwięk, czego rzecz jasna nie potrafiłem. Graliśmy zatem w głuchej ciszy, choć były od tej sytuacji pewne wyjątki. Same gry od czasu do czasu dostarczał mi wujek, przez co ominęły mnie blaski i uroki giełdy komputerowej, gdzie można było przyjść z torbą pełną pustych dyskietek, a wrócić z pełnymi ;-) O tej dowiedziałem się dopiero później, dużo później. W cóż jednak się grało? Pamiętam przede wszystkim te głośne tytuły - pierwszego i drugiego Dooma (kody na broń i nieśmiertelność zostaną mi w głowie do końca życia), Heretic, Duke Nukem 1 i 2, polskie Electro Body z czadową muzyką w czołówce (to ten dźwiękowy wyjątek), kilka pinballi, których nazw już dziś nie jestem sobie w stanie skojarzyć, no i oczywiście Stunts oraz Lotus (podzielony ekran, miodzio!), przy których spędziłem setki godzin. I to nic, że żadnej z tych gier nie byłem w stanie ukończyć bez kodów (pierwszy etap Dooma - bez chetaów - opanowałem dopiero po całych tygodniach treningu), zabawa była przednia :-) 

W tym też okresie czasu zacząłem sięgać po magazyny traktujące o grach i komputerach. Zaczęło się raczej klasycznie, od Bajtka, potem odkryłem Świat Gier Komputerowych (mój numer jeden) i Gry Komputerowe. Sporadycznie kupowałem też Gamblera, ale tamtejsze teksty okazały się zbyt poważne jak na mój młody umysł ;-) Większość z tych czasopism dotrwała do dnia dzisiejszego w opłakanym stanie, jednak kilka lat temu znalazłem pewną osobę, byłego właściciela kiosku, który sprzedawał (po 4 złote od sztuki) zupełnie nowe, nigdy nie czytane wydania większości istniejących kiedyś magazynów dla graczy. Wydałem u niego w sumie trzy stówy i mój zbiór powiększył się o kilka roczników Gamblera i Świata Gier Komputerowych, jak również kilka numerów Gier Komputerowych, Top Secret, PC Gamera Po Polsku itd. Nie żałuję ani złotówki, niemal wszystkie magazyny przeczytałem już od deski do deski i moja miłość do retro grania nabrała jeszcze większego rozpędu. Co na pewno można zaobserwować przeglądając podpisane moim nazwiskiem recenzje ;) 
I na chwilę obecną to wszystko. Jeśli ten pobieżny tekst komukolwiek się spodoba, będę go kontynuować w nieco rozwiniętej formie, a być może namówię do skrobnięciu kilku zdań również pozostałą część redakcji Stacji. Słyszycie? To o was mowa, lenie! ;-)

A jak wyglądały Wasze początki ze stacjonarnym komputerem? 

Wasz 01010000 01101001 01101111 01110100 01110010 00100000 01010111 01111001 01110011 01101111 01100011 01101011 01101001

2 komentarze:

  1. Zaczynałem grać na początku lat 90-tych, kolega miał wówczas Atari. Około 1993-1994 roku dostałem konsolę Rambo, a pierwszy pecet zagościł u mnie w 1996 roku. W latach 90-tych często sięgałem po czasopisma komputerowe. Na początku moim ulubionym pismem był Top Secret, a po jego upadku Świat Gier Komputerowych. Ceniłem też takie pisma jak m.in. Secret Service, Gambler czy Reset.
    Sporo czasu minęło, a ja wciąż gram ;)
    Dobrze sobie radzisz na blogu, fajnie czyta się Twoje wpisy, no i tempo pojawiania się kolejnych recenzji jest bardzo wysokie. Dawno Cię nie było na Przygodomanii, mam nadzieję, że od czasu do czasu tam wpadniesz i coś naskrobiesz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zacząłem - tak na poważnie, nie licząc ruskich jaj i formuły 1 - od Atari, ale wersji bazarowej, gdzie na stałe było wgrane kilkadziesiąt (kilkaset?) gier :)
      Dzięki, to miłe :) A o Przygodomanii faktycznie ostatnio zapominam, poprawię się :)

      Usuń