niedziela, 30 marca 2014

Kajko i Kokosz: Szkoła Latania [PC] [Recenzja]

Kajko i Kokosz: Szkoła Latania, producent: Play, PC, platformowa

Nieco starsi stażem gracze pamiętają zapewne czasy, gdy szefowie działającej dotąd jako dystrybutor firmy Play postanowili pewnego dnia zacząć robić gry. Efekty ich działań były zazwyczaj godne pożałowania, jednak dopóki interes przynosił zyski (a najwyraźniej przynosił), warto było w niego inwestować. Kajko i Kokosz: Szkoła Latania w założeniach miało być pasjonującą platformówką o wciągającej fabule i tuzinie innych zalet, które Play z dumą umieścił z tyłu tandetnego pudełka z grą. Hasła hasłami, a rzeczywistość rzeczywistością. 

Tak, ta gra to gniot, w którego co po prawda grać się da, ale na pewno nie za kwotę dwudziestu złotych. Za dwie dychy bez większych problemów kupić można kilka znacznie lepszych tytułów tego typu chociażby na tablet. To dziś, cofnijmy się jednak dziewięć lat wstecz, do roku 2005, kiedy to wybrałem się do Empiku w celu zrobienia zapasów gier na najbliższe trzydzieści dni. W dziale czasopism w oko wpadł mi właśnie Kajko i Kokosz: Szkoła Latania. Byłem wtedy tuż po ukończeniu dwóch części Kangurka Kao oraz I-Ninja i z wciąż nienasyconym głodem na platformówki, których to - w przeciwieństwie do konsol - na PeCecie wcale dużo się nie pojawiało. Niska cena (tak wtedy sądziłem, o naiwny), kolorowa grafika, kuszący spis zalet, którymi wydawca zapełnił opakowanie... po krótkim namyśle postanowiłem zaryzykować. Pewnie nie ja jeden, gdyż jakiś czas później Play wypuścił kontynuację przygód dwóch dzielnych wojów. 

Zbójcerze to częsty widok w tej grze.
Skupmy się jednak na tym, w co grałem, na Szkole Latania. Zaczyna się od zrobionego na szybko intro. Kilka obrazków z podpisami i zaraz potem wrzuceni jesteśmy w sam środek rozgrywki. Sterować można Kajkiem bądź Kokoszem, przy czym wybór postaci i tak ma znaczenie wyłącznie natury kosmetycznej. Otóż to, bohaterowie nie różnią się niczym. Na miejscu twórców uczyniłbym niskiego Kajka postacią szybką i słabą, a tęgiego Kokosza powolną i silną. Najwyraźniej na takie drobnostki zabrakło już czasu, chęci i pieniędzy. Choć oprawa audiowizualna plasuje się w dużo niższych rejonach średniawki, to przez pierwsze kilkanaście minut grało mi się zaskakująco bezboleśnie. Szybko atakuje jednak wszechobecna monotonia i kiepski design etapów. Mała liczba elementów, wciąż ci sami wrogowie (dosłownie atak klonów), których pokonanie nie stanowi żadnego problemu, brak jakiegokolwiek zróżnicowania celów... Chociaż nie, zapomniałem o dwóch planszach do których odnosi się podtytuł gry, czyli tych, gdzie latamy. Są one jednak krótkie i nieporadne niczym cała reszta zabawy, stąd też szybko się o nich zapomina. Cel, ogólnie rzecz biorąc, zawsze jest ten sam - dotrzeć z punktu A do punktu B i zebrać jak największą liczbę złotych monet. Jak w przygodach braci Mario, pewnie, tyle że tam etapy zaprojektowane są nierzadko w sposób ocierający się o perfekcję. W tym - między innymi - tkwi sekret sukcesu poszczególnych platformówek. O muzyce powiem tylko tyle, że jest. Coś tam plumka, zapętlając się po minucie. Miernota. 

Czas potrzebny do przejścia wszystkich dziewięciu plansz to mniej więcej 3-4 godziny. Z jednej strony mało, z drugiej zaś, bądźmy ze sobą szczerzy, kto wytrzymałby więcej? Gra urywa się zresztą w takim momencie i po tak żałosnym, zrobionym na jednym oddechu outro, że klikając w ikonę dezinstalacji odczuwamy niesmak i poczucie bezpowrotnie straconych dwudziestu złotych. Odradzam. 


Ciekawostka: będąc osobą, która zawsze szpera i dłubie przy zawartości folderów z grą, trafiłem na kilka niespodzianek, między innymi niewykorzystane sample dźwiękowe (co nie dziwi, wysłuchajcie odgłosów, które miały być wydawane przy wykonywaniu skoku) i pliki tekstowe z różnymi wytycznymi dla programistów. W tym dla dźwiękowców (folder sounds, plik !dzwieki.txt), gdzie niektóre sugestie są raczej mało pomocne. Oto jedna z nich: "wuuum (trudne do opisania) - dzwiek za lecacym na miotle lub za lecacym na pniu (szum, swist lub basowy pomruk - po prostu ze trzy do wyboru)". Jak więc widzicie, tworzenie gier to ciężki kawałek chleba ;-)

Piotr Wysocki

5 komentarzy:

  1. Nie wiem, skąd Ty wynajdujesz te gry, bo ja jakoś o żadnej nigdy nie słyszałam. W przypadku tej uznam to za atut.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś takie sprzedawałam w salonie prasowym. Były!

      Usuń
  2. Mam ten sam problem, co poprzedniczka - zawsze, jak piszesz o grach to zastanawiam się, na jakim ja świecie żyję, że o żadnej nie słyszałam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Żałowałem pieniędzy na pełniaka i sprawdziłem tylko demo, co mi wyszło na dobre, bo KiK okazał się kolejną tragedią naszego rynku...

    OdpowiedzUsuń