poniedziałek, 17 listopada 2014

Shoot The Apple [Android] [Recenzja]

Shoot the Apple, DroidHen, cena: darmowa

Nie tak dawno temu dotarły do mych uszu niebywale szokujące pogłoski. W nie do końca jasny sposób wynikało z nich, iż pewne istoty z najmroczniejszych głębin kosmosu gustują w ziemskich jabłkach (żywiłem nadzieję, iż polskich, gdyż, jak doskonale wiemy, te są najlepsze). Przeciek ten, jakkolwiek osobliwy, okazał się dla mego wiecznie szukającego odpowiedzi umysłu na tyle intrygujący, iż postanowiłem dogłębnie go przebadać. Rezultaty tej pośpiesznie podjętej decyzji przeszły me najśmielsze oczekiwania, a paraliżująca trwoga, jaką odczuwam od momentu wkroczenia na tereny nie przeznaczone dla żadnego przedstawiciela mojego gatunku, towarzyszy mi w każdej sekundzie życia tak na jawie, jak i we śnie.

Nie, dosyć, nie będę się bawił w imitowanie stylu Lovecrafta, bo efekt tych prób jest zwyczajnie żałosny. Powyższy akapit nie jest jednak zupełnym bełkotem, ponieważ chcę dziś opowiedzieć o ukrywającej się pod prostym tytułem grze Shoot the Apple. Jakie zasady może mieć produkcja nazwana w taki właśnie sposób? Równie proste, oczywiście, gdyż rozgrywka polega wyłącznie na strzelaniu kosmitami do jabłek. I tyle, to wszystko. Żadnych statystyk, rozwijania bohatera, sklepów z toną żelastwa i całych ścian tekstu do czytania. Sterowanie armatką wyrzucającą kosmitów odbywa się przy pomocy ekranu dotykowego. Wystarczy w niego pacnąć – im uczynimy to dalej od działa, tym silniejszy będzie odrzut. Oczywiście cały cały czas należy pamiętać o panującej w danym świecie grawitacji, brać pod uwagę kąt wyrzutu i tym podobne, niezwykle istotne drobnostki. Jednak bez obaw. Kilka minut treningu i już śmiało pretendować można do tytułu mistrza w strzelaniu kosmitami ;)

Etapy skonstruowane są bardzo zmyślnie i ciekawie. Na przeszkodzie staje nam cała masa rozmaitych obiektów, takich jak belki, wiatraki, piłeczki, bomby… Z innymi należy zaś wejść w interakcję (dźwignię, przyciski), co najczęściej otwiera drogę do wcześniej niedostępnych fragmentów ekranu. Innymi słowy – trzeba ruszyć głową. Testowanie, w jaki sposób wszystko działa, stanowiło dla mnie co najmniej połowę miodu płynącego z gry.

Każda kolejna plansza jest w zamierzeniu coraz trudniejsza, chociaż aż do końca gry trafiają się takie, które wygrywamy przy pierwszym podejściu, a przy innych z kolei trzeba się sporo napocić, zwłaszcza jeśli zależy nam na maksymalnej ocenie. Ale o jakiej ocenie, do diabła, w tym momencie prawię? Bez nerwów, już tłumaczę. Nasze poczynania są bowiem dokładnie prześwietlane przez skrupulatnie wyselekcjonowanych ekspertów w jakże popularnej dziedzinie Rzutu Obcym Do Jabłka (w skórcie RODJ) ;) A tak zupełnie na serio – im mniej użyjemy ufoków do ukończenia etapu, tym lepiej. Maksymalna nota to klasyczne trzy gwiazdki. Mnie udało się przejść całą grę z kompletem punktów (popisuje się, nie przeczę). Wrażenie robi przy tym liczba plansz - grubo ponad pół tysiąca, co pozwala spędzić z telefonem czy tabletem w dłoniach długie godziny. Wszystko to oczywiście (czyżby?) zupełnie za darmo. Gra nie kosztuje nas ani złotówki, co jest bardzo miłym ukłonem w stronę Graczy i zawsze warto o tym głośno mówić.

Oprawa audiowizualna stoi na odpowiednio dobrym poziomie. Wszystko jest kolorowe, ładnie narysowane, równie przyjemnie animowane i przede wszystkim płynne. Zwłaszcza obcy wykonani są z pietyzmem godnym artysty najwyższego szczebla. Wyglądają odpowiednio…cóż, obco, ich animacja składa się z dużej ilości klatek, a fizyka szmacianej lalki oddana jest perfekcyjnie. Dźwięk. Niestety, przez cały czas rozgrywki towarzyszy nam ten sam utwór muzyczny, ale o dziwo aż do końca nie irytuje i wgryza się w pamięć z niebywałą mocą. Gwarantuje, że nawet po pół roku, jaki upłynie od odstawienia tego tytułu, będziecie mogli zanucić ów melodie bez chwili namysłu. 

Podsumowując – gorąco polecam. Wielu Graczy rzuca śmiałym stwierdzeniem, że Shoot the Apple zjada na śniadanie słynne wściekłe ptaszyska i osobiście jestem skłonny się z tym zgodzić. Wciąga, bawi i pożera czas niczym wygłodniały smok. Syndrom jeszcze jednego etapu jest tu niezwykle silny i gwarantuje, że niejednokrotnie włączycie grę na minutkę, a skończycie dopiero po godzinie. Warto dać się wciągnąć, przy okazji robiąc dobry uczynek dokarmiając zawsze głodnych obcych ;)


Piotr Wysocki

3 komentarze:

  1. Ej, nie tak żałosny! Myślę, że Lovecraft pogratulowałby ci próby :)

    A grać nie będę, bo ... nie wiem, nie lubię. Chyba, że mnie coś mega najdzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. gra wygląda interesująco!
    Muszę ją wypróbować

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie gry cudownie sprawdzają się na nudnych wykładach. Coś czuję, że wypróbuję ją na najbliższych zajęciach z systemu ochrony prawnej w UE. Dzięki! :D

    OdpowiedzUsuń