wtorek, 2 grudnia 2014

Trójka - Ken Follett [Recenzja]

Trójka, Ken Follett, Albatros, 432 strony

Historia trójki przyjaciół (Żyd, Palestyńczyk i Rosjanin) z Oksfordu, którzy w dwadzieścia lat po zakończeniu studiów pracują w zwalczających się wzajemnie wywiadach. Ich drogi, co nie powinno nikogo dziwić, koniec końców znów splotą się ze sobą, tym razem jednak w znacznie mniej przyjaznych okolicznościach. Wątkiem przewodnim Trójki jest śmiała i szalenie niebezpieczna misja, której cel stanowi kradzież transportu uranu. Podejmuje jej się Nat Dickstein, jeden z bohaterów powieści. Zadanie - samo w sobie niemalże niewykonalne - cały czas jeszcze się komplikuje... 

Nie przepadam za szpiegowskimi thrillerami. W jakimkolwiek by nie były wydaniu - czy to filmowym, czy literackim - efekt końcowy jest zawsze ten sam. Droga przez mękę. Za dużo w nich polityki, za dużo ciągnących się w nieskończoność rozmów na zupełnie nie interesujące mnie tematy, a w końcu za dużo akcji, wybuchów i strzelanin, które w większym natężeniu zwyczajnie mnie nudzą. Po Trójkę Folletta z własnej woli nigdy bym nie sięgnął, los jednak sprawił, że książka trafiła do mojej bliblioteczki w formie gratisu dołączonego do dwóch innych powieści, którymi byłem zainteresowany (Empik sprzedawał kiedyś takie własnoręcznie przygotowane pakiety - całkiem fajna sprawa). Te pożądane tytuły szybko przerobiłem, Trójka zaś trafiła w najciemniejszy kąt półki, gdzie przeleżała dobre osiem lat, kurząc się i czekając na moment wyjątkowej posuchy. Ta ostatecznie nigdy nie nadeszła - odkryłem uroki wyprzedaży i tanich księgarni - ratunek przyszedł jednak z innej strony. Oglądając te wszystkie walające się po rozmaitych częściach pokoju (kilka znalazłem nawet w szufladzie szafki nocnej) Zapomniane Na Lata Tytuły, postanowiłem w końcu się z nimi rozliczyć. Mieć je za sobą. I tym sposobem, choć niechętnie, szczerze przyznaje, zabrałem się za lekturę Trójki

Ken Follett
Za sprawą sporego bagażu nieprzyjemnych wspomnień związanych z tym gatunkiem przez pierwsze strony powieści przechodziłem ostrożnie niczym człowiek próbujący nie nastąpić na szkło po przypadkowym stłuczeniu szklanki podczas nocnej wizyty w kuchni. Po kilkunastu stronach pojawiła się jednak pierwsza, nieśmiała jeszcze myśl - "O kurczę, to się nawet da czytać", a po mniej więcej stu już głośna i wyraźna - "Szlag, nie ma mnie dla nikogo, nie odłożę tego, dopóki nie skończę, niech się pali, niech się wali, ja tu zostaje i czytam!". Stwierdzić, iż mnie wciągnęło, byłoby ogromnym niedopowiedzeniem, bo zostałem dosłownie i bezpardonowo w tę opowieść wessany. Na całe 400 stron. A że się tego kompletnie nie spodziewałem, to uśmiech satysfakcji nie schodził mi z twarzy przez całe kilka godzin lektury. Do teraz odczuwam ulgę, że nie czytałem tego poza domem, bo bez zwątpienia wyglądałem cokolwiek głupawo ;)

Owszem, jest to thriller szpiegowski ze wszystkimi cechami tego gatunku, ale Follett posiada rzadką umiejętność pisania o czymkolwiek tylko zechce w sposób zajmujący i mimowolnie przyciągający uwagę. U pisarza nawet polityczne wtręty, podczas których w każdym innym przypadku nie byłbym w stanie powstrzymać ataków ziewania, podane są w łatwo przyswajalnej i interesującej formie. Lekkie pióro i przystępny styl - tym kupił mnie Follett. Pewnie, można mu zarzucić, że tworzy czytadła; powieści pełne szalonych zwrotów akcji, intryg, miłości, zdrad i wszystkiego, co tylko można upchać w tym kotle bez obawy o to, że wszystko się wyleje. I wcale nie zamierzam się z tym kłócić. To jest czytadło, jedno z tych, które nadawałyby się do przełożenia na hollywoodzką superprodukcję, ale tak szalenie pasjonujące i zgrabnie unikające mielizn, że przyjmuje się je niemal bezkrytycznie, nie bacząc na wszelkie fabularne klisze i zbiegi okoliczności. A tych troszkę się w treści przecież znajdzie. Dorzućcie jednak do zalet dobrze naszkicowanych i budzących sympatię (bądź nie) bohaterów, przekonująco rozpisane dialogi, bezbłędnie rozłożone napięcie, a wszystkie ewentualne usterki zauważycie dopiero po skończonej lekturze. Wtedy zaś te nie będą już miały najmniejszego znaczenia. Bo liczy się dobra zabawa w trakcie poznawania historii. Podobało mi się do tego stopnia, że kilka dni temu kupiłem inną powieść Folletta - "Filary Ziemi". Nie zdziwcie się, jeśli zniknę na kilka dni. Będzie to znaczyło, że ją czytam  ;) Ocena Trójki jest zaś czystą formalnością - polecam. 


Piotr Wysocki

5 komentarzy:

  1. Uwielbiam książki Folletta, przeczytałam ich bardzo wiele i chyba tylko jedna mi nie przypadła do gustu. "Filary Ziemi" mniej mi się podobały, wolę go jednak w wersji szpiegowskiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam jeszcze tego oblicza Folleta. Cieszę się, że książka Ci się spodobała :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam 90% twórczości autora, ale tej książki akurat nie. Na pewno kiedyś przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No w końcu kogoś Follett do siebie przekonał. Przyznam, że sam strasznie powątpiewałem w cegły, w stylu "Filarów Ziemi", sądząc, że będzie to jak napisałeś droga przez mękę. Ale nie jest. To dziś mój ulubiony autor, a "Trójkę" też czytałem i szczerze polecam inne książki Folletta, gdyż są co najmniej równie dobre :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach, pamiętam, że kiedyś, bardzo dawno temu coś czytałam tego autora - nie pamiętam jednak tytułu. Zawsze kojarzył mi się jednak z wciągającymi powieściami, które zapewniają kilka godzin porządnej rozrywki. A na taką prozę chętnie się skuszę. Trochę się tylko obawiam, że nie bardzo podobałyby mi się nadmierne zbiegi okoliczności (w zbyt dużej ilości ich nie trawię), ale tak napisałeś o tej książce, że chętnie zaryzykuję.

    Też mam trochę takich tytułów na liście (w biblioteczce dominują jednak te skrupulatnie wybrane), które czekają na chwile, gdy nic ciekawszego nie będę miała do czytania. Obawiam się jednak, że taki moment zbyt szybko nie nadejdzie, chociaż jak widać wśród takich tytułów można trafić na coś prawdziwie wciągającego.

    OdpowiedzUsuń