poniedziałek, 19 stycznia 2015

Lost in Time (PC) [Recenzja]

Lost in Time, Coktel Vision, 1993, przygodowa, PC

Podróże w czasie to dość znany i powszechnie lubiany przez autorów gier motyw. W Lost in Time występuję z przytupem, choć należy przyznać, że w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to gra trafiła na półki sklepowe, ta pozornie naiwna fabuła dzieła Coktel Vision zaskakiwała w sposób dość pozytywny i jeszcze trochę jej brakowało do sztampy. Wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo. Budzimy się na jakimś rozklekotanym, wydającym niepokojące odgłosy statku, nie mając pojęcia, jak się na jego pokładzie znaleźliśmy. Intro nie istnieje, zostajemy bezpardonowo wrzuceni do lokacji i działaj panie, działaj sam.

Napisany przez Muriel Tramis scenariusz zyskuje z każdą godziną zabawy i wypełniony jest budującymi u gracza coraz większe zainteresowanie rozwiązaniami oraz wydarzeniami. Weźmy chociaż czasowe przeskoki. Kiedy w początkowych scenach jedna z postaci prosi o streszczenie wydarzeń poprzedzających tajemnicze pojawienie się protagonistki na statku, bierzemy w tych wspomnieniach czynny udział. Znakomity, odpowiednio wykorzystany pomysł i swego rodzaju cliffhanger, bo zanim dowiemy się (bądź i nie), co tak naprawdę się wydarzyło i co nas czeka na statku, trochę czasu upłynie. Świeżym było wówczas też obsadzenie w roli głównej przedstawicielki płci pięknej, co nie uszło uwadze nieco zaskoczonemu recenzentowi magazynu Świat Gier Komputerowych. To właśnie Tramis, jak sama przyznała w wywiadzie dla Secret Service, przemycała do swoich historii kobiece bohaterki. I bardzo dobrze, bo ileż razy można sterować poczynaniami facetów, zwłaszcza jeśli samemu się jest jednym z nich. A Doralice (tak brzmi imię niewiasty) brzmi i wygląda naprawdę ponadprzeciętnie :) 

Pomieszczenia na statku utrzymane są w dość jednostajnych
barwach
Lost in Time jest do cna klasyczną przygodówką. Wspominam o tym nie bez powodu, bo na przykład wydana w podobnym okresie czasu przez Coktel Vision Inca stanowiła kolaż kilku gatunków i poza przymusem użycia szarych komórek łapaliśmy również w dłonie broń palną, a nawet stery statku kosmicznego. W przypadku opisywanego dzieła całość zaczyna się i kończy na niewymagającym małpiej zręczności zbieraniu, używaniu i łączeniu ze sobą przedmiotów, okazjonalnych rozmowach z napotkanymi postaciami i rozwiązywaniu łamigłówek. Zagadki bywają logiczne, jak również mniej lub bardziej przekombinowane. Jak słusznie zauważył na swoim YouTube'owym kanale Vicek, znajomość serialu MacGyver jest podczas zabawy niezwykle istotna ;) Niejednokrotnie przyjdzie nam stworzyć coś z niczego (na przykład elektromagnes mając w posiadaniu zaledwie kilka rupieci), ale liczba lokacji i aktywnych elementów nie jest aż tak duża, by można było zaciąć się na dłużej niż kilkanaście minut. Warstwę zagadkową uznaję zatem za satysfakcjonującą, zwłaszcza że interfejs użytkownika rozwiązany jest w sposób wygodny i nawet używanie wszystkiego na wszystkim (również w obrębie ekwipunku) nie męczy. 

Na wszystko znajdzie się sposób. Na WSZYSTKO!
Elementem wyróżniającym Lost in Time na tle innych produkcji z tamtego złotego dla gatunku przygodówek okresu czasu jest bez zwątpienia jego oprawa graficzna. Akcja tytułu rozgrywa się w trzech różnych okresach czasowych, co dało autorce i całej ekipie możliwość zastosowania innego dla każdego z nich rodzaju grafiki. Tym samym otrzymujemy etap z lokacjami wyrenderowanymi w 3D (przeszłość), następnie coś na kształt przygodówki FMV (teraźniejszość) oraz oprawę tradycyjną, ręcznie rysowaną. Niestety, jak się okazało, nie wszyscy potrafili to w odpowiedni sposób docenić. Niejaki Adam Bard ze ŚGK stwierdził wręcz, że te nagłe zmiany stylu rozbijają cały stworzony wcześniej nastrój. Kwestia gustu, choć za sam pomysł należy się moim zdaniem autorom porządny uścisk dłoni. W ramach uzupełnienia warto dodać, że Lost in Time ukazał się w dwóch wersjach - dyskietkowej i na płycie CD. Ta druga posiadała czytane dialogi, lepszej jakości muzykę i znacznie bardziej płynne animacje, brakowało jednak podpisów pod dialogi w scenkach przerywnikowych. Jeśli zechcecie zatem sięgnąć po edycje na płycie, znajomość język angielskiego na poziomie co najmniej dobrym jest mocno wskazana. Muzyka, dźwięki i voice-acting stoją na przyzwoitym poziomie. Nie jest to być może nic zapadającego w pamięć, ale warstwa audio umiejętnie wpisuje się w budowany za sprawą pozostałych elementów gry klimat i przy okazji całkiem sprawnie go podbija. Lektorzy brzmią nie najgorzej, a wszelkie odgłosy tła łagodzą nerwy w przypadku chwilowego utknięcia. 

Godziny spędzone przy Lost in Time uznaje ostatecznie za czas bardzo dobrze spożytkowany. Francuska produkcja zaskoczyła mnie pozytywnie na kilku płaszczyznach i bawiłem się przy niej doskonale. Chyba naprawdę się starzeje, bo coraz mocniej ciągnie mnie w stronę tych rozpikselowanych i zacofanych technicznie gier, podczas gdy nowości w full HD unikam coraz szerszym łukiem. Albo to chwilowe zmęczenie wodotryskami, albo niebawem dział recenzji gier PeCetowych zamieni się w kącik Retro. Jakby nie było, Lost in Time gorąco polecam fanom gatunku.



Piotr Wysocki

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybacz, ale popełniłem literówki.
    Chętnie spożytkuję czas w sposób dobry! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No patrz, a ja już nawet nie pamiętam, że powiedziałem coś takiego w let's playu :P

    OdpowiedzUsuń
  4. No no, to już czuję się konkretnie zachęcony do sprawdzenia tytułu, jako że przygodówki z motywem podróży w czasie zawsze mi się podobają - głównie dlatego, że starusieńki The Journeyman Project z 1992 był pierwszą grą na kompa W OGÓLE w jaką zagrałem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurczę, no to zacząłeś z wielkim przytupem. TAKA grafika, TAKA oprawa dźwiękowa i TAKIE emocje na sam początek przygody z PeCetem - to musiało robić piorunujące wrażenie. Ja zaczynałem skromniej, bo od Wolfensteina 3D, który wówczas (8 lat na karku) wydawał mi się niemalże fotorealistyczny ;)

      Usuń