Lost in Time, Coktel Vision, 1993, przygodowa, PC
Podróże w czasie to dość znany i powszechnie lubiany przez autorów gier motyw. W Lost in Time występuję z przytupem, choć należy przyznać, że w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to gra trafiła na półki sklepowe, ta pozornie naiwna fabuła dzieła Coktel Vision zaskakiwała w sposób dość pozytywny i jeszcze trochę jej brakowało do sztampy. Wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo. Budzimy się na jakimś rozklekotanym, wydającym niepokojące odgłosy statku, nie mając pojęcia, jak się na jego pokładzie znaleźliśmy. Intro nie istnieje, zostajemy bezpardonowo wrzuceni do lokacji i działaj panie, działaj sam.
Podróże w czasie to dość znany i powszechnie lubiany przez autorów gier motyw. W Lost in Time występuję z przytupem, choć należy przyznać, że w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to gra trafiła na półki sklepowe, ta pozornie naiwna fabuła dzieła Coktel Vision zaskakiwała w sposób dość pozytywny i jeszcze trochę jej brakowało do sztampy. Wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo. Budzimy się na jakimś rozklekotanym, wydającym niepokojące odgłosy statku, nie mając pojęcia, jak się na jego pokładzie znaleźliśmy. Intro nie istnieje, zostajemy bezpardonowo wrzuceni do lokacji i działaj panie, działaj sam.
Napisany przez Muriel Tramis scenariusz zyskuje z każdą godziną zabawy i wypełniony jest budującymi u gracza coraz większe zainteresowanie rozwiązaniami oraz wydarzeniami. Weźmy chociaż czasowe przeskoki. Kiedy w początkowych scenach jedna z postaci prosi o streszczenie wydarzeń poprzedzających tajemnicze pojawienie się protagonistki na statku, bierzemy w tych wspomnieniach czynny udział. Znakomity, odpowiednio wykorzystany pomysł i swego rodzaju cliffhanger, bo zanim dowiemy się (bądź i nie), co tak naprawdę się wydarzyło i co nas czeka na statku, trochę czasu upłynie. Świeżym było wówczas też obsadzenie w roli głównej przedstawicielki płci pięknej, co nie uszło uwadze nieco zaskoczonemu recenzentowi magazynu Świat Gier Komputerowych. To właśnie Tramis, jak sama przyznała w wywiadzie dla Secret Service, przemycała do swoich historii kobiece bohaterki. I bardzo dobrze, bo ileż razy można sterować poczynaniami facetów, zwłaszcza jeśli samemu się jest jednym z nich. A Doralice (tak brzmi imię niewiasty) brzmi i wygląda naprawdę ponadprzeciętnie :)
![]() |
Pomieszczenia na statku utrzymane są w dość jednostajnych barwach |
![]() |
Na wszystko znajdzie się sposób. Na WSZYSTKO! |
Godziny spędzone przy Lost in Time uznaje ostatecznie za czas bardzo dobrze spożytkowany. Francuska produkcja zaskoczyła mnie pozytywnie na kilku płaszczyznach i bawiłem się przy niej doskonale. Chyba naprawdę się starzeje, bo coraz mocniej ciągnie mnie w stronę tych rozpikselowanych i zacofanych technicznie gier, podczas gdy nowości w full HD unikam coraz szerszym łukiem. Albo to chwilowe zmęczenie wodotryskami, albo niebawem dział recenzji gier PeCetowych zamieni się w kącik Retro. Jakby nie było, Lost in Time gorąco polecam fanom gatunku.
Piotr Wysocki
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWybacz, ale popełniłem literówki.
OdpowiedzUsuńChętnie spożytkuję czas w sposób dobry! :)
No patrz, a ja już nawet nie pamiętam, że powiedziałem coś takiego w let's playu :P
OdpowiedzUsuńNo no, to już czuję się konkretnie zachęcony do sprawdzenia tytułu, jako że przygodówki z motywem podróży w czasie zawsze mi się podobają - głównie dlatego, że starusieńki The Journeyman Project z 1992 był pierwszą grą na kompa W OGÓLE w jaką zagrałem. :)
OdpowiedzUsuńO kurczę, no to zacząłeś z wielkim przytupem. TAKA grafika, TAKA oprawa dźwiękowa i TAKIE emocje na sam początek przygody z PeCetem - to musiało robić piorunujące wrażenie. Ja zaczynałem skromniej, bo od Wolfensteina 3D, który wówczas (8 lat na karku) wydawał mi się niemalże fotorealistyczny ;)
Usuń