środa, 12 sierpnia 2015

Deponia 2: Chaos on Deponia [PC] [Recenzja]

Chaos on Deponia, Daedalic Entertainment, CDP.pl, przygodowa, PC, cena: 10,99 zł (cała trylogia!)
Kontynuacja Deponii powstać musiała. Pierwsza odsłona perypetii drania Rufusa kończyła się niespodziewanie, pozostawiając rozgrzebane wątki i dziesiątki domagających się w trybie natychmiastowym odpowiedzi pytań, przez co pojawienie się kilka miesięcy później na półkach sklepowych odsłony drugiej było czystą formalnością nawet dla osób niezbyt namiętnie śledzących newsy i recenzje ze świata gier. Jedyne czego oczekiwałem przystępując do zabawy - mając na uwadze stosunkowo krótki czas deweloperki - to więcej tego samego. I tyle właśnie dostałem.

Chaos on Deponia zaczyna się niemalże w tym samym momencie, gdzie ostatnio tak brutalnie wszystko się urwało. Ci sami bohaterowie, kontynuowanie posmakowanych wątków - to wszystko pozwala z miejsca wejść w akcje i bawić się dobrze od pierwszych minut z myszą w dłoni. Dla mnie to sprawa niezwykle istotna, bo zazwyczaj potrzebuje nawet do kilku godzin na aklimatyzacje w nowym świecie. Tu zaś miałem przyjemne poczucie powrotu na swoje śmieci (ha-ha, śmieci!), do swoich nie widzianych jakiś czas przyjaciół. Miłe. Otwierający nową porcję wyzwań prolog jest przezabawny, stanowiąc przy okazji swego rodzaju umysłową rozgrzewkę przed Naprawdę Trudnymi Zagadkami. Pierwszy akt - dokładnie jak ostatnim razem - jest bowiem długi, poplątany jak przysłowiowy metr sznurka w kieszeni i momentami naprawdę skomplikowany. Jeśli preferujecie krótkie, góra dwugodzinne sesje przed monitorem każdego dnia, koniecznie przygotujcie sobie notatnik, w którym będziecie mogli zapisywać możliwe do wykonania w przyszłości czynności (czyli wtedy, kiedy zdobędziecie wymagany przedmiot). Bez tego łatwo się pogubić. A dość powiedzieć, że ten pierwszy etap to ponad połowa czasu, jaki spędzicie w grze. W porównaniu do niego kolejne są już przyjemnym, liniowym spacerkiem. Fabuła? Wciąż staramy się zapobiec wysadzeniu wraz z mieszkańcami Deponii, przedtem jednak musimy uporać się ze złożeniem do kupy Goal. I to wszystko, co wiedzieć wypada. 

Rufus i łowienie ryb? No way!
Zagadki - sól każdej przygodówki. Projektanci Daedalic odwalili w ich wypadku kawałek solidnej roboty. Mam nieodparte wrażenie, że łamacze głowy są w drugiej odsłonie Deponii znacznie ciekawiej pomyślane, konkretniej zróżnicowane i w zasadzie nie trafiają się momenty, kiedy nie wiemy co i dlaczego w danym momencie robimy. A nawet jeśli wpadniemy w pozornie ślepą uliczkę i desperacką gorączke klikania wszystkiego na wszystkim, to trafiając na rozwiązanie można tylko puknąć się w czoło. Bo to przecież takie logiczne było. Najwięcej czasu spędzimy zbierając, używając i łącząc ze sobą przedmioty oraz prowadząc długie pogawędki z napotkanymi postaciami, a nieco mniej biorąc udział w rozmaitych mini gierkach. Te ostatnie są całkiem oryginalne i zabawne (walka z Goal!), serwowane w odpowiedniej częstotliwości, a jeśli kogoś jakimś cudem wkurzą, zawsze może pominąć je za pomocą kilku kliknięć myszą. Czego czynić nie polecam. Warto się wysilić, powiadam Wam.

I kto znów jest górą? Ruuufuuus!
Znów jednak najmocniejszą stroną solidnej długości przygody (mój wynik bez spoglądania w solucję to jakieś 13 godzin) jest wszechobecny, absurdalny, chwilami mocno bezpardonowy humor. Skrzą się nim wszystkie dialogi, wydarzenia i całkiem liczne scenki animowane, przez co - jeśli tylko tego rodzaju dowcip trafia w Wasze gusta - uśmiech nie schodzi z ust nawet na minutę. Od dawien dawna tak często nie śmiałem się w głos przy grze komputerowej. To zasługa naprawdę dobrze napisanego scenariusza i dialogów, jak również świetnego polskiego tłumaczenia (wersja kinowa). Owszem, tekst pisany często bardzo mocno różni się od mówionego (jest to wyraźne zwłaszcza w piosenkach pomiędzy poszczególnymi aktami), ale przekładając wszystko słowo w słowo część żartów zostałaby bezwstydnie spalona. Mówiąc krótko - autorom polskiej wersji należy się duża Cola i mam nadzieję, że zostali zatrudnieni również do przetłumaczenia ostatniej części trylogii.

Ten odjechany humor rodem z sitcomów trafił w moje upodobania do tego stopnia, że nawet tak mocno krytykowanego przez recenzentów i graczy za swoje samolubne podejście do życia i wszystkiego wokół siebie Rufusa zdołałem obdarzyć specyficznym rodzajem sympatii. Tak, zdaje sobie sprawę z tego, że jestem w absolutnej mniejszości, ale ten gość jest tak przerysowany, a fabuła przeokrutnie pokręcona, że przyjmuje go jako bohatera, który po prostu musi się tak zachowywać dla dobra rozbrajających gagów. Równie interesujący są też pozostali aktorzy tego spektaklu - sepleniący Janusz, twardziel (choć nie do końca) Bozo i cała reszta napotkanych person daje się polubić od pierwszych chwil.

Jeden z licznych przezabawnych fragmentów gry
Strona graficzna nie uległa żadnym wyraźnym zmianom. Znów mamy do czynienia z kreskówkową stylistyką, a wszystkie lokacje aż pęcznieją od ilości detali i punktów, na których można zawiesić oko. Jest kolorowo, jest szczegółowo, jest po prostu dobrze. Jeszcze lepiej wypada zaś udźwiękowienie. Muzyka już ostatnim razem wpadała w ucho, teraz robi to jednak ze zdwojoną siłą. Melodie bywają wesołe, nieco poważniejsze (jedna przypomina nawet klimaty Jamesa Bonda), pojawia się dowcipny wokal... słucha się tego doskonale nawet poza grą. Na największe brawa zasłguje jednak doskonały angielski voice-acting. Pierwsze skrzypce gra tu znów aktor wcielający się w Rufusa (facet wymiata!), ale i pozostałe struny głosowe tak wiele mu nie ustępują. Słucha się tego z czystą przyjemnością, co jest istotne zważywszy na fakt, że gra jest chwilami dość konkretnie przegadana.

Druga i przedostatnia odsłona Deponii przyniosła mi kilka naprawdę pierwszorzędnie i wesoło spędzonych popołudni. Bawiłem się jeszcze lepiej niż ostatnio, zagadki w przyjemny sposób pobudziły uśpione upałem szare komórki, a fabuła i oprawa audiowizualna dopełniły poczucia dobrze spędzonego przed monitorem czasu. Do Pożegnania z Deponią podejdę tym samym z dziką radością. Już niebawem, choć w tej chwili z czystym sumieniem mogę polecić zakup całej trylogii. Zwłaszcza że można ją dostać za naprawdę śmieszne pieniądze. 

P.S. Do oceny widocznej poniżej dodajcie sobie dużego plusa ;)



Zakumplował się z Rufusem: Piotr Wysocki

2 komentarze:

  1. Idź Ty. Wszystko przez Ciebie. Zamówiłam sobie całą tę serię :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, do usług! :D Nawet jeśli się nie spodoba, wiele nie stracisz, choć mam nadzieję, że miło spędzisz te 20-30 godzin z trylogią :D

      Usuń