sobota, 31 stycznia 2015

Hrabstwo ponad prawem - Matt Bondurant [Recenzja]

Hrabstwo ponad prawem, Matt Bondurant, Anakonda, 2013, 310 stron, cena: 8,99 zł

Opublikowana przez wydawnictwo Anakonda powieść Hrabstwo ponad prawem Matta Bonduranta przeszła w naszym kraju niemal zupełnie niezauważenie, walając się dziś po wyprzedażach w cenie poniżej dziesięciu złotych. Nie pomogła tu nawet promocja w postaci wyreżyserowanej przez Johna Hillcoata ekranizacji, którą mogliśmy oglądać jakiś czas temu na ekranach kin pod nieco bardziej chwytliwym - choć nie oddającym  w pełni klimatu powieści - tytułem Gangster.

O filmie nie wypowiem się z prostego powodu, nie widziałem go, jednak literacki pierwowzór godny jest poświęcenia mu swego czasu przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze: mamy tu do czynienia z historią opartą na faktach, spisaną przez wnuka jednego z jej bohaterów. Jak autor przyznaje w posłowiu, za jej podstawę posłużyły mu rodzinne opowieści, anegdoty, wycinki z prasy czy archiwa sądowe, a cała reszta, której nie mógł w żaden sposób zweryfikować, została przez niego dopowiedziana. Mnie wystarczyła jednak świadomość, że większość opisanych na kartach powieści osób oraz wydarzeń istniała i miała miejsce w rzeczywistości, by lekturę odbierać w sposób znacznie bardziej emocjonalny.

Jack Bondurant
Historia rozgrywa się w hrabstwie Franklin pod koniec lat 20. oraz w pierwszej połowie następnego dziesięciolecia ubiegłego wieku. Poznajemy losy trójki znanych w całej okolicy braci Bondurantów, którzy parają się nielegalnym procederem pędzenia i przemytu alkoholu. Sam ten fakt nie jest jeszcze niczym niesamowitym - w oficjalnym raporcie Krajowej Komisji Przestrzegania i Egzekucji Prawa z 1935 roku możemy przeczytać, iż " w jednym z hrabstw (Franklin) szacuje się, że 99 mieszkańców na 100 bierze udział w produkcji lub dystrybucji nielegalnego alkoholu". Bonudrantowie mają jednak znacznie szerszy rozmach i ambicje, te zaś - koniec końców - zwalą im na głowy poważne kłopoty. Howard, Forrest i Jack różnią się właściwie wszystkim, począwszy od wyglądu zewnętrznego, skończywszy na charakterach, każdy z nich ma jednak swoje motywacje i dręczące go demony, które w trakcie lektury krok po kroku poznajemy. Pewną rolę odgrywa tu też postać pisarza i dziennikarza Sherwooda Andersona, który przybywa do hrabstwa w celu zrelacjonowania procesu gangu przemytników. Autor burzy za jego sprawą chronologie powieści, gdyż Anderson pojawia się we Franklin w roku 1934, kilka lat po wydarzeniach, o których czytamy w głównej części historii, na szczęście jednak nie zaburza to odbioru całości. Ba, stanowi wręcz zaletę, pozwalając czytelnikowi spojrzeć na wydarzenia i samo miejsce z zupełnie innej perspektywy.

Szalenie przypadł mi do gustu dojrzały styl Matta Bonduranta. Kiedy wymaga tego sytuacja, skupia się na lirycznych opisach i detalach, a innym razem zwyczajnie rzuca czytelnikowi w twarz mocną i bezpośrednią relacją z jakiegoś wydarzenia. To proza bardzo sugestywna, grająca na emocjach i mocno wgryzająca się w pamięć. Pełna żywych postaci, trzymająca w napięciu i zwyczajnie bardzo dobrze napisana. Rzecz, wbrew pozorom, nie tylko dla mężczyzn. Zdecydowanie polecam. 



 Piotr Wysocki

5 komentarzy:

  1. Filmu nie oglądałam ale opis książki mnie zaciekawił, zwłaszcza, że piszesz, iż jest klimatyczna, co bardzo lubię w powieściach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię takie książki, takie smaczki. Nikt o tym nie słyszał, przemknęło niezauważenie, a jednak ktoś raz na jakiś czas, być może przypadkiem, wygrzebie to z odmętów. Jeśli będę miała okazję, chętnie przeczytam.
    Zapraszam do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie słyszałam o książce ani o filmie... Jest czego żałować. Tytuł zapisuję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha! Widziałam film i całkowicie mnie oczarował swoim poczuciem humoru dotyczącym sytuacji, jakie napotykali na swojej drodze bracia ^^ Nie spodziewałam się, że film został nakręcony na podstawie książki, bo tak to już dawno bym chwyciła za książkową wersję :3

    OdpowiedzUsuń
  5. O filmie już czytałam, więc i książka czeka w kolejce, by dla świętej zasady kolejności najpierw zapoznać się z pierwowzorem, a potem ekranizacją/adaptacją. Nie ukrywam jednak, że we współczesnej filmografii trochę mnie nuży fakt, że wszystkie książki przenoszą na ekran, nie pozostawiając czytelnikowi wyboru i obrazując to, co tak świetnie działało tylko w wyobraźni.

    OdpowiedzUsuń