poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Alien Incident [PC] [Recenzja]

Alien Incident, recenzja gry, Housemarque, przygodowa, 1996, PC

Są takie gry, które z rozmaitych powodów przez całe lata omijam szerokim łukiem. Nawet jeśli - co zabawne - kiedyś kupiłem je z myślą o natychmiastowym przystąpieniu do konsumpcji. Dziś zdążyły jednak obrosnąć kilkucentymetrową warstwą kurzu, którą pod wpływem nagłego impulsu kilka tygodni temu postanowiłem zdmuchnąć, by w końcu zabrać się za te biedne, pominięte tytuły. Na początek padło na Alien Incident, wydaną w 1996 roku przygodówkę ze stajni Housemarque o dość mylącej, sugerującej produkcję dla małych dzieci okładce. Tak, tak, uderzam do tych duszków ;)

Umiejętność krycia się w cieniu to mocna strona Bena
I nawet jeśli sama gra rzeczywiście pod wieloma względami może (a raczej mogła, dziś, w erze Minecrafta, już nie ma co na to liczyć) spodobać się młodszej części graczy, to i dla takiego starego pryka jak ja ma coś do zaoferowania. Nie uprzedzajmy jednak faktów i zacznijmy od fundamentów, czyli fabuły. Ta nie przedstawia się szczególnie oryginalnie, sięgając po motywy pojawiające się z dziesiątkach innych przygodówek. Choćby w opisywanych niedawno Podwójnych kłopotach Buda Tuckera. Otóż to, w Alien Incident mamy młodzieńca w roli protagonisty, nieco szalonego naukowca, no i wynalazek, za sprawa którego obaj panowie wplątują się w niezłą kabałę. Ileż można, chciałoby się rzec, czego jednak nie zrobię, bo sam lata temu stworzyłem (na papierze) trylogię opartą o podobnych schematach, którą dziś mozolnie ożywiam za pomocą Adventure Makera. Wcielamy się zatem w młodego Bena Richardsa, który w święto Halloween odwiedza wynalazcę, by ten zaprezentował mu maszynę do międzygalaktycznych podróży. W wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń dochodzi do katastrofy - na Ziemię trafia statek kosmiczny, a wkurzona takim obrotem sprawy załoga porywa naukowca w celu wyciągnięcia z niego wszelkich informacji na temat działania urządzenia. Ben jakimś cudem unika schwytania przez kosmitów, a potem... potem do akcji wkraczamy my, dzielni i uzbrojeni w myszkę miłośnicy gatunku. 

I pamiętaj, zawsze zamykaj po sobie lodówkę! 
Po całkiem długiej i ciekawej introdukcji zaczynamy rozgrywkę. Pierwsze chwile z Alien Incident wrzuciły mi na czoło potężną zmarszczkę - po udźwiękowionych dialogach we wstępie okazuje się nagle, że poza tym cała gra jest zupełnie niema. Tak, gra z 1996 roku, a my musimy sami czytać sobie pojawiający się na ekranie tekst. Retro pełną gębą. Mam co do tego stanu rzeczy pewne podejrzenia - prawdopodobnie tytuł tworzony był z myślą o edycji dyskietkowej. Płyta zawiera zaledwie 130 MB danych, z czego 90% idzie na intro i (tak mi się wydaje) muzykę, co pozwala wierzyć, że i jedno i drugie stworzono oraz wrzucono pod koniec produkcji, chcąc wypłynąć ze swoim dziełem na szerokie wody, gdyż dyskietki były już w tym okresie czasu w odwrocie - nawet w naszym odrobinę zacofanym wówczas pod tym względem kraju ;) Brak voice-actingu jest przykry, ale szybko można się do niego przyzwyczaić (w czym pomaga znajomość rynku niezależnego, gdzie część przygodówek również jest niema). Przejdźmy w takim razie do sedna - zagadek i pozostałego mięska. W tym miejscu przyznać trzeba, że warstwa logiczna nie należy do wyjątkowo mocno stymulujących nasze szare komórki. Łamigłówki ograniczają się niemal tylko do zbierania i używania w odpowiednim miejscu przedmiotów, od czasu do czasu przeplatając to przymusem odnalezienia jakichś współrzędnych, wklepania kodu czy odpowiedniego poprowadzenia rozmowy. Wszystko jest przy tym bardzo logiczne, a przypadki biegania po wszystkich dostępnych lokacjach i używania wszystkiego na wszystkim można policzyć na palcach jednej dłoni. Szło mi tak gładko, że całość łyknąłem w nieco ponad cztery i pół godziny. Jedyny upierdliwy motyw, to pewien labirynt, do którego trafiamy mniej więcej w połowie rozgrywki. Napsuł mi nieco krwi, ale zanim na dobre zdążyłem się sfrustrować, udało mi się przez niego przebrnąć. Uff. Jest więc stosunkowo łatwo, ale nie bez przesady. A poza tym miło, że twórcy opanowali się przed umieszczaniem na planszach przedmiotów o wielkości jednego piksela. Po udręce, przez którą przeszedłem podczas pixel huntingu w Podwójnych kłopotów Buda Tuckera to naprawdę miła odmiana. 

Techniczna strona gry jest bez zarzutu. Interfejs to skrajnie uproszczona wersja point&click, gdzie jeden klawisz myszy wywołuje komentarz bohatera odnośnie wskazanego obiektu/postaci, a drugi aktywuje pozostałe czynności. Ben jest na tyle samodzielny, że nie trzeba mu nic precyzować - jeśli coś da się wziąć, to to weźmie, jeśli wcisnąć, to wciśnie, a przesunąć, to przesunie. Proste i przyjemne. 
A ten brodaty jegomość okaże się... nie, spojlery sio, precz.
Grafika z kolei do prostych nie należy. Pomimo zastosowania nieco niskiej rozdzielczości wszelkie odwiedzane lokacje charakteryzują się sporą ilością detali i odpowiednim dla danego miejsca klimatem. Od czasu do czasu pojawiają się nawet pre-renderowane i animowane elementy 3D, co wygląda zaskakująco fajnie i wcale nie gryzie się z tłem. Dorzućcie do tego bardzo płynnie poruszającego się Bena, a efekt końcowy okaże się dla oczu niezwykle przyjemny, czego screeny niestety w stu procentach nie oddają.
Mówionych dialogów nie ma, są za to dźwięki i muzyka. Sample brzmią przyzwoicie, aczkolwiek niczym szczególnym się nie wyróżniają. muzyka zaś autentycznie pasuje do kreowanej przez historię atmosfery, dzięki czemu słucha się jej bez zgrzytania zębami. Powiem więcej, kilka utworów potrafi nawet wpaść w ucho, zwłaszcza ten tuż po wyjściu z wody, na chwilę przed wstąpieniem do labiryntu. 

Podsumowując - z jednej strony zgrana, ale nie nużąca fabuła, wciąż nieźle trzymająca się oprawa A/V i logiczne zagadki, a z drugiej brak udźwiękowionych dialogów oraz stosunkowo proste łamigłówki, co przekłada się na krótki czas potrzebny do ukończenia zabawy. Warto więc, czy nie warto? Moim zdaniem śmiało można rzucić na Alien Incident okiem. Spędziłem przy tej grze kilka zaskakująco miłych godzin, a tymczasem biorę już głęboki wdech, by za kilka sekund pozbyć się kurzu z kolejnego opakowania gry. Jakiej? O tym dowiecie się w odpowiednim czasie. 



Piotr Wysocki



4 komentarze:

  1. Z początku myślałem, że to recenzja gry w uniwersum Obcego :p Recenzja na poziomie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Grałem w to kiedyś, ale przestałem, bo nie wiedziałem, co oznacza słowo almond :P Tak to ze mną jest, że jeśli nie rozumiem wszystkiego, to strasznie mnie to irytuje, dlatego tak rzadko gram w przygodówki po angielsku ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja gram z telefonem, na którym mam wgrany angielsko-polski słownik, przydatna rzecz, sprawdzenie nieznanego słowa trwa dosłownie sekundy ;) A przy okazji zabawy można się podszkolić w języku - dwie pieczenie przy jednym ogniu.

      Usuń
  3. Kiedyś udało mi się ją wygrzebać z mojego abandonware'owego archiwum, z początku myślałem, że brak dialogów to jeno wina jakiegoś ripa którego posiadam, szkoda. Tym niemniej faktycznie grafika bardzo sympatyczna, jak i ogólnie taka lekka do przetrawienia fabuła. Jak dla mnie dobra gierka dla początkujących w przygodówkach.

    OdpowiedzUsuń